Kolektywnie. Rozmowa z Devil’s Dyke Network (04.2019)

[rozmawiają redaktorzy ÓSMEGO ARKUSZA: Paweł Kaczmarski & Marta Koronkiewicz]

Devil’s Dyke Network to brytyjski, kobiecy (złożony wyłącznie z poetek), feministyczny i queerowy kolektyw literacki, którego członkinie zajmują się przede wszystkim poezją. Centrum działań grupy jest Brighton – tradycyjnie progresywne miasto położone niedaleko Londynu (jedyna posłanka brytyjskich Zielonych reprezentuje właśnie okręg Brighton Pavilion), jeden z głównych brytyjskich ośrodków aktywizmu LGBT+ oraz siedziba University of Sussex, uczelni znanej (między innymi) z aktywnego wkładu w poetycką scenę Wielkiej Brytanii.

DDN jest organizacją nie tylko feministyczną, ale też przyjazną osobom transpłciowym – co istotne zwłaszcza w brytyjskim kontekście, gdzie mała, ale głośna część ruchu feministycznego (znana zwykle jako TERFs) aktywnie promuje transfobiczne głosy i walczy z antydyskryminacyjnym aktywizmem osób trans. DDN, zachowując feministyczny i politycznie radykalny charakter, pozostaje grupą inkluzywną, wyczuloną na kwestie społecznego wykluczenia, nastawioną na dialog i wspólne rozwijanie artystycznego warsztatu. (Dla nich samych, jak mówią, owa inkluzywność wiąże się ze swego rodzaju pokoleniowym zwrotem – „terfizm” jest popularniejszy wśród starszego pokolenia feministek.) Redakcja 8. Arkusza pierwszy raz miała kontakt z kolektywem w trakcie brightońskiego Trans Pride, marszu wsparcia dla osób transpłciowych i niebinarnych.

I to chyba właśnie kolektywny aspekt DDN w pierwszej kolejności przyciągnął naszą uwagę. Devil’s Dyke Network gromadzi autorki różnych tożsamości (etnicznych, seksualnych etc.) i bardzo różnych poetyckich głosów czy nastawień: od ironicznie przewrotnych, sensualnych i surrealnych wierszy Fitz Crawford (podpisującej się jako fitz) po mocno narracyjne i liryczne (w ścisłym sensie mówienia z określonej pozycji podmiotowej) utworów Nehaal Bajwa; od bardzo awangardowej w duchu, nastawioną na skoki i zerwania Helen Dixon po zdolną podtrzymać wspaniały poetycki flow Kat Sinclair; od świetnie obsesyjnej poezji Lindy Paoli po fantastycznie precyzyjne wiersze Lenny Crowley. Zresztą nawet w twórczości poszczególnych członkiń widoczne są częste zwroty, przesunięcia, eksperymenty – i tak na przykład u Claudii Treacher czy Savannah Sevenzo znajdziemy wiersze na krótkim i na długim oddechu, oszczędne i wybuchowe, spójne i pełne jukstapozycji.

Trudno byłoby więc opisać cały DDN prostymi etykietami; ale trudno jest nawet znaleźć wspólną nazwę na podstawową działalność wszystkich związanych z grupą autorek – w różnym stopniu określiłyby się one jako poetki, artystki, perfomerki, aktywistki etc. Ich twórczość nie ma wspólnych, centralnych tematów, a eksperymentalno-awangardowe zacięcie powoduje, że rozwijają projekty na pozór bardzo osobne, bardzo samodzielne. A jednak decydują się działać w kolektywie – rozumianym nie pozornie, jako pretekst do zbiorowych wystąpień i promowania wspólnej „marki” (chociaż DDN organizuje, rzecz jasna, wydarzenia pod swoim szyldem), ale jako faktyczna, ciągła wspólnota, która, jak mówi Treacher, „rośnie organicznie. Ciągle mówię o niej jako o grzybie czy o grzybni; taka dziwna, organiczna masa ludzi, którzy po prostu na siebie wpadają, sypiają ze sobą czy, na przykład, czytają nawzajem swoją poezję”. Prywatne przenika się z kolektywnym (Crowley: „jesteśmy ze sobą bardzo połączone na co dzień, słucham czyjegoś wiersza i myślę sobie: o, to przecież było w zeszłym tygodniu”), ale istotna jest też fizyczna (współ)obecność: „kiedy masz wszystkich w jednym pomieszczeniu, fizycznie w tej samej przestrzeni, możesz chłonąć ludzi jako te jakby pełne istoty, trochę równe, trochę poszarpane – rozumiesz, skąd przychodzą, o co im chodzi, i w ten sposób uczysz się miłości i zaufania”. Crowley mówi z kolei o tym, że kolektywna praca nie tylko nie uniformizuje stylów, nie zlewa głosów w jedno, ale – przeciwnie – pomaga osiągnąć literacką autonomię: „kiedy jesteś młodą poetką starasz się naśladować starszych autorów i autorki, uprawiasz jakby mimikrę, a tutaj widzisz nagle, że wszyscy wokół mają własny głos, więc czemu ty masz go nie mieć? To jest w gruncie rzeczy bardzo podbudowujące, zachęcające: jesteś wśród ludzi, którzy robią to samo, co ty; ty lubisz ich rzeczy, oni twoje, więc czujesz, że możesz pisać tak, jak chcesz pisać.”

DDN włącza się też w działalność aktywistyczną – poza wsparciem ruchu trans, członkinie angażowały się też choćby we wsparcie protestów studenckich w Nikaragui czy nagłaśnianie dehumanizujących imigrantów patologii brytyjskiego systemu azylu politycznego. Treacher mówi, że DDN to bodaj pierwsza grupa aktywistyczna, do której należy i która okazała się tak trwała; przytakują jej Crowley i Sevenzo, dając jednocześnie wyraz niechęci do powierzchownego, leniwego, udawanego aktywizmu („kliktywizmu”, jak nazywa to ta druga).

Jak działanie w kolektywie wpływa dla nich na stosunek do kwestii sprawczości poezji? Czy poezja może „zmieniać świat”? Treacher mówi o „iskrze” czy „sile zapłonowej”, która pozwala obudzić i rozwinąć własny potencjał; Crowley patrzy na sprawę w długiej perspektywie: „jasne, fajne poetyckie eventy nie zmienią rządu ani jego polityki… ale takie zmiany zawsze są poprzedzone przez kulturowe przesunięcia” – i na tym poziomie właśnie, na poziomie „krążących między ludźmi idei” działać może poezja.

***

W Brighton rozmawialiśmy z trzema członkiniami kolektywu: Savannah Sevenzo, Leni (bądź Lenny – jak mówi, ciągle nie może się zdecydować) Crowley oraz Claudią Treacher. Chociaż DDN, jak już wspomnieliśmy, nie jest zbudowany wokół konkretnego tematu, stylu czy konwencji, autorki łączy jednak pewne intelektualne tło – i o tym nasze rozmówczynie też chętnie mówiły.

Po pierwsze – ich dwuznaczny stosunek do uniwersytetu. Wiele z członkiń kolektywu przeszło przez akademię, niektóre z nich (Kat Sinclair), podobnie jak osoby działające w pobliżu DDN (np. publikowana w 8. Arkuszu Alison Rumfitt) pisze w sposób, który nazwać by można z brytyjskiej perspektywy „akademickim”. Ale dla kolektywu ważne jest, że nawet bardziej uniwersyteckie skrzydło grup dąży do pisania w sposób dostępny i inkluzywny, czerpiąc z różnorodnych rejestrów języka i sceny poetyckiej; dykcje przeplatają się, łączą, syntetyzują w nowe formy.

To mieszanie rejestrów – trochę z awangardowej poezji akademickiej (uniwerystet, poetycki eksperyment i marksizm są na brytyjskiej scenie bliskimi sojusznikami), trochę z żywiołu i spontaniczności spoken word – widoczne jest już przy pierwszym kontakcie z twórczością autorek DDN. W wierszach fitz, Treacher czy Sinclair – ale też pozostałych poetek – bardzo pociągające okazuje się zderzenie charakterystycznego dla poezji mówionej flow, niepowstrzymanego tempa (podbudowanego celowo wyegzaltowaną, wyolbrzymioną figurą „ja”) z krytycznym, niejednoznacznym stosunkiem do możliwości stabilnego podmiotu. Autorki łączą dobrze znany polskiemu czytelnikowi, post-awangardowy i post-nowojorski sceptycyzm do jakiegokolwiek podmiotu, który jest pewien siebie – i jakiegokolwiek języka, który się sam nie kwestionuje – z dynamizmem i charyzmą anglojęzycznej poezji scenicznej.

Poza tym członkinie DDN łączy, oczywiście, feminizm – lewicowy, inkluzywny, trans-przyjazny, ugruntowany w lekturach i samodzielnym przepracowaniu kanonu. Ważnym punktem odniesienia jest Audre Lorde. Innym – Denise Riley, którą Crowley cytuje dla zilustrowania pewnej dwuznaczności czy nieuchronnego napięcia: Riley „uważała, że poezja musi być demokratyczna, nie może być zbyt niedostępna”, ale sama pisać miała często wbrew temu założeniu. Dla DDN feminizm i demokratyczne podejście do poezji to sprzężone, ściśle splecione ze sobą sprawy. Crowley mówi, że uwielbia, podobnie jak pozostałe autorki, na przykład twórczość Johna Ashbery’ego – modelowego z pewnej perspektywy poety niedostępności, akademickości, eksperymentu – zaczytywała się nim na uniwersytecie; ale, jak dodaje, nie może – nie chce – pisać tak jak on, przynajmniej nie przez cały czas.