Paweł Kaczmarski – Tym więcej drzew [rec. P. Pidzik „wejście w las”]

Trochę trudno powiedzieć, co tu się właściwie wydarzyło.

Wiemy tyle: Fundacja KONTENT, powołana przy kwartalniku literackim „Kontent”, opublikowała – na otwarcie działalności wydawniczej – debiutancką książkę poetycką Pauliny Pidzik. „Kontent” to świetne czasopismo młodoliterackie, w którym ukazuje się dużo ciekawych tekstów i inicjowane są ważne dyskusje; to, że w ostatnich latach „poetycki Kraków” przestał kojarzyć się (niemal) wyłącznie z wiekowym literackim establishmentem, jest w dużej mierze zasługą środowiska zbudowanego wokół kwartalnika. Całe przedsięwzięcie można by chwalić jeszcze długo.

Trudno więc zrozumieć, kto zdecydował, że otwarcie nowej serii wydawniczej Wejściem w las to dobry czy choćby akceptowalny pomysł – że książka Pidzik może cokolwiek w jakimkolwiek sensie promować czy reklamować. Mamy niestety do czynienia ze stereotypową wierszową grafomanią, groteskowym wynaturzeniem wrażliwości kojarzonej czasem z ośmieloną wyobraźnią; każdy wiersz wydaje się autoparodią, nie ma tu nic „językowo” czy formalnie interesującego, za to w każdej niemal linijce (!) znajdziemy przykłady kiczu, od którego bolą zęby. Poszczególne utwory wydają się w całości składać z maksymalnie zużytych, maksymalnie nadętych tropów i metafor; a że zestaw tychże nie zmienia się nawet znacząco między wierszami – niemal wszędzie znajdziemy jakąś konfigurację lasu, rany, dziecka i abstrakcyjnego motywu religijnego – to po kilku zaledwie stronach książka zlewa się w patetyczną papkę, w której trudno mówić o jakichkolwiek intencjonalnych zabiegach kompozycyjnych. Jedynym, co różnicuje tryb lektury (bo „urozmaica” to za mocne w wypadku Pidzik określenie) jest długość wiersza; zdarzają się takie na kilka wersów i takie na kilkanaście – te ostatnie nieco lepiej maskują własny kicz i ciągłe językowe potknięcia, bo czytelnik zwyczajnie wyłącza się w połowie. 

W krótszych formach ten efekt znieczulenia nie występuje, dostajemy więc takie na przykład zbitki:

przepowiadaliśmy deszcze z lotu ptaków
powodzie z wierzbowych gałązek
szkliste oczy zwierząt przynosiły chorobę
mgły majowe przymrozki

po procesjach zawieszaliśmy w oknach łąkowe wianki

chowaliśmy w sobie te znaki
głęboko
pod powiekami gorzki strach
ciemny chłód
budził nas przed świtem

woda zmywa złe sny

a dobre?
dobre i tak zostaną

                                        (znaki)

Kicz jest niezaprzeczalny, ale byłby łatwiejszy do zniesienia, gdyby nie – po pierwsze – całe niepotrzebnie podniosłe rekwizytorium przepowiedni, procesji, znaków, snów etc., oraz – po drugie – to, że pod nadętą do granic możliwości stylizacją ostatecznie nic nie zostaje; nie ma z tego kiczu i patosu czego odławiać. Żadnej myśli, obrazu, przeczucia, zaskoczenia, dziwności – nic. Pidzik operuje właściwie wyłącznie abstrakcyjnymi „nastrojami”, a i te są za każdym razem stereotypowe i oparte na kliszy. Najbardziej rażą chyba dociśnięte puenty, które nie oferują żadnej wieloznaczności, żadnego napięcia, a wracają w książce raz po raz – aż do samego końca, Wejście w las zamyka się bowiem taką perełką:

znów wybiec
z siebie drżenia poranionej skóry postrzelonej
sarny przekroczyć granicę

wrócić nosić jak otwartą
ranę ciszę lasu

                                        (znów: sosna sarna)

Jedno, czego poetce odmówić nie można, to spójność – cały tom czytać da się jako opowieść o chorobie narratorki, chorobie ewidentnie przewlekłej i poważnej; ale nawet słowo „opowieść” należałoby wziąć w cudzysłów, bo nic się ostatecznie nie wydarza – nic się nie przesuwa ani nie rozwija, nie pojawiają się kolejne perspektywy, nie ujawniają nowe głosy. Nie ma żadnej wyczuwalnej zmiany, żadnego poczucia ruchu. Książka jest więc, owszem, spójna, ale niewiele z tego wynika – to ciągle ten sam temat, wałkowany z tego samego punktu widzenia, w tej samej konwencji, tym samym stylu, tej samej formie, za pomocą tego samego symbolicznego rekwizytorium. Mimo najszczerszych chęci doszukania się w Wejściu w las czegoś, co by tę książkę ratowało, trudno znaleźć tu jakiś przebłysk, jedną choćby mocną frazę czy solidny koncept, który przełamałby negatywne wrażenia.

W tom włączono, w ramach nieortodoksyjnego zabiegu edytorsko-wydawniczego, dwa krytycznoliterackie szkice – w charakterze posłowia czy podpowiedzi dla czytelnika. Joanna Mueller pierwszy kontakt z wierszami Pidzik wspomina tak: Pamiętam, że zarzuciłam autorce ucieczkę od „realnych problemów tego świata” w poezję, jak mi się zdawało, „bezpiecznych” baśniowo-przyrodniczych motywów.

I chociaż w samym szkicu krytyczka mało zgrabnie wycofuje się z tych wstępnych rozpoznań, nadal jest coś na rzeczy: bo jeśli nawet Joanna Mueller uważa, że twoja poezja opiera się na tanim eskapizmie, to może należy fundamentalnie zmienić nastawienie do własnej twórczości – i przynajmniej jeszcze parę lat zaczekać z książkowym debiutem.

Jedyne mocne strony Wejścia w las to te edytorsko-wydawnicze: tom ma być dostępny za darmo, do tego jest ładnie i ciekawie wydany (niektóre wiersze pojawiają się równolegle normalnym drukiem i w formie faksymiliów). Posłowia Mueller i Agaty Jabłońskiej – to drugie zdecydowanie lepsze od pierwszego, choćby dlatego, że zostało napisane w bardziej impresyjnym, literackim tonie i zgrabniej unika konfrontacji z grafomanią  książki – są sympatycznym dodatkiem. Niemal dziesięć stron tekstu krytycznoliterackiego na niecałe trzydzieści wierszy to sporo, zwłaszcza w wypadku debiutu, pojawia  się wrażenie zaburzenia skali czy przystawiania do książki narzędzi za dużego kalibru – lecz pomysł pozostaje przynajmniej odważny.

No dobrze, można by więc zapytać, ale po co w takim razie w ogóle pisać o Pidzik? Jeśli nie znajduje się u niej nic ciekawego, po co krytykować tak ostro debiutantkę, ryzykując przy okazji, że krytyczny głos zostanie (niezgodnie z intencją niżej podpisanego) potraktowany jako próba storpedowania ciekawej inicjatywy wydawniczej? 

Odpowiedź brzmieć mogłaby tak: debiut Pidzik wpisuje się w szersze, niepokojące zjawisko. Eskapistycznych, entuzjastycznie autoalienacyjnych wierszy w dykcji wieś-pamięć-rana-dzieciństwo-las powstaje z roku na rok coraz więcej; z różnych względów (niektórzy dopatrują się tam przejawów nowej estetyki feministycznej, inni cenią sobie dostępność takich wierszy czy ich „cielesny” wymiar) zyskują jeśli nie uznanie, to akceptację środowiska i części krytyków. Widziana w tej perspektywie książka Pidzik zaniża jeszcze poprzeczkę: wydana przez lubiane środowisko, opatrzona na wstępie omówieniami znanych poetek/krytyczek, sugeruje, że ten sposób pisania, ta konwencja, oferują współczesnej poetyckiej polszczyźnie coś ciekawego. Warto więc przypominać, że nie oferują: to popłuczyny po znanych od dawna pomysłach i dykcjach, najbardziej naiwna wersja (neo)romantycznej wrażliwości obleczona w pozór pełnoprawnego tomu. W tak rozumianą „szczerość” inwestować nie warto.

Ale możemy się z Wejścia w las czegoś nauczyć. Po pierwsze: rozróżnienia między celową, produktywną egzaltacją w wierszu a zwykłą pretensjonalnością tonu. Podczas gdy egzaltacja – intencjonalny patos, wzniosłość, wyolbrzymienie własnej pozycji narratora – pozwala poszerzać granice poetyckiego języka (włączając weń to, co – choćby na mocy panironicznego paradygmatu – obłożone zostało literackim tabu), pretensjonalność wykorzystuje te same zabiegi formalne i te same emocje do zredukowaniawiersza, reprodukując stereotypowe wyobrażenie Poezji (albo Natury etc.). Pidzik jest, niestety, właśnie pretensjonalna – mocna, wyrazista figura narratorki, postrzegającej cały świat przez pryzmat magicznych znaków i własnego chorego/rannego ciała, ostatecznie służy tylko dociśnięciu poetyckich klisz.

Mueller, powołując się na wiersz (kintsugi) termin zaczerpnięty z japońskiej kultury – sugeruje czytelnikom Pidzik: Warto przystępować do [tej książki] z uwagą i delikatnością japońskich mistrzów. Jeśli tomu wierszy bronić trzeba odwołaniem do stereotypowej „mądrości Orientu”, a nie jest to tom haiku, warto pewnie stonować wzniosłość o przynajmniej 50 procent.

Po drugie, Wejście w las pokazuje, czym kończą się bezcelowe odniesienia do religijnej symboliki we współczesnym wierszu – co  jest o tyle istotne, że w ostatnich latach coraz więcej młodych, zaangażowanych, lewicujących autorów sięga (już w duchu szeroko rozumianego postsekularyzmu) do tego właśnie rekwizytorium, żeby powiedzieć coś (na przykład) o polskości, historii czy kapitalizmie.

U Pidzik znajdziemy dużo zupełnie naddanych religijnych wtrąceń; na przykład tu:

może jeśli jesteśmy to z tych dotknięć chłodu
lęku pulsującego jak deszcz na przednówku

pijemy wodę z przebitych boków brzóz z ran
chrystusowych wytryskających źródełek rzek
podskórnego krwioobiegu

na zdrowie wieczne spoczywanie
w niepokoju ziemi

                                        (wieczne)

albo choćby stronę wcześniej:

rozpoznajemy w naszych zwierzętach choroby po imieniu
przywołujemy podchodzą od strony lasu ciemne mętne źrenice
jak u dotkniętych złym wilków jeszcze niewidoczne
dla dłoni jeszcze niedostępne dla oczu
precyzyjnym ostrzem jak siekierą zabierają
po kolei

bosymi stopami wchodzimy w pobożny rytuał
budzimy się nadzy bez obcych pożyczonych skór rozkładających się
poranionych ciał

już nic nie odróżnia nas od piskląt
jesteśmy tylko drżeniem 

                                        (poznanie)

Nagrodę specjalną przewidziano dla tego, kto znajdzie w powyższych fragmentach uzasadnienie dla „chrystusowości” i „pobożności”. Niestety, u Pidzik takie określenia nie wprowadzają nic do wiersza – sztucznie podbijają tylko wrażenie gravitas; moglibyśmy dostać „wchodzenie w rytuał” i subtelniejszą wersję „picia wody z przebitych boków” (zakładającą, że czytelnik już na tym etapie zrozumie oczywiste nawiązanie). Bonusowe Chrystusy powodują tylko czytelniczą podejrzliwość, sieją przeczucie manipulacji czy zafałszowania tam, gdzie chodziło – chyba? – o szczerość i cielesną wręcz bezpośredniość.

Paulina Pidzik, wejście w las, Kraków 2019