WIERSZ JEST MATERIĄ, KTÓRĄ UJMUJEMY (06.2019)

Z Marcinem Mokrym rozmawiają Marta Koronkiewicz i Paweł Kaczmarski

MK, PK: We współczesnej polszczyźnie poezji graficznej czy wizualnej praktycznie się nie tworzy – a jeśli już, to zajmujący się nią artyści pozostają zupełnie poza tym, co traktujemy jako obieg poetycki czy scenę poetycką. Jak sądzisz, dlaczego tak jest?

MM: Jakie mogą być przyczyny tego, że nie zawiązał się na naszym gruncie żaden ruch, który by te komponenty wizualne eksploatował w poezji? Nie potrafię tego wytłumaczyć. To, co wydarzyło się w polskiej literaturze przed wojną, a miało charakter wizualny, do dziś uznaje się za pełną splendoru porażkę, i tym samym niebywale pouczającą lekcję. Kuba Kornhauser w pewnym miejscu zwraca uwagę na ambiwalencję Zagajewskiego w jego pięknych młodzieńczych latach, kiedy jako nowofalowiec z jednej strony chce coś podjąć z awangardy, ale zaraz wije się i czuje, że musi się tłumaczyć. A ja tu wspomnę o Barańczaku. Porządny gość, dobre wiersze napisane, a czytam u niego: (…) z punktu widzenia bezpośredniego, realnego wpływu rówieśnych i potomnych pisarzy futuryzm to jedna wielka przegrana, sromotna klapa, kompromitacja nawet. (…) Myślę, że zjawisko futuryzmu okazuje się naprawdę interesujące dopiero wtedy, gdy próbujemy odpowiedzieć, dlaczego futuryści przegrali. No więc ja mówię dość. Nie zgadzam się na tak pisaną historię polskiej literatury. Oto wielka rehabilitacja skazanych. Oczywiście tylko się tak na kuksańce wymieniam ze „Staszkiem”. On ma dużo racji, to nie są często wybitne rzeczy, no ale nie jest tak, że tego nie da się wyciągnąć ze śmietnika i postawić na nowo. To jednak niczego nie wyjaśnia. Lenistwo, co myślicie? Brak umiejętności, może uwarunkowania społeczno-polityczne? Pokolenie „brulionu” przy futurystach wygląda jak grupa asekurantów, a przecież nie było wcześniej nikogo, kto z równą werwą rwał pierze albatrosowi poezji. A może lęk o własną przyszłość? Gdy pisałem czytanie. Pisma powtarzałem sobie cały czas: „Odwagi, to nie musi być od razu dobre, ale nie cofaj się, pisz, czego nie ma, bądź pracowity, i pamiętaj, rozmach wyobraźni, to się liczy. Skoro nawet prezydent Czech komponował takie śliczne wiersze, to i ciebie, Marcinie, nie wiadomo co wspaniałego czeka”. Poezja musi być odważna, a nie tylko krytyczna, ponieważ w innym wypadku pozbawia ostrości wyrazu samą krytykę. Mimo takich wewnętrznych pogadanek wciąż wraca do mnie głęboko zakorzenione przeczucie, że robię coś nie w porządku, bo przecież już dawno by się coś podobnego pojawiło i miało rumieńce (oczywiście to bywa, ale tego nie ma), albo odwrotnie, że to wymaga bardziej ezoterycznych predyspozycji, wyjątkowego wyczucia na poziomie morfemów, a nawet poniżej krytyczno-literackiej stałej Planck’a.

MK, PK: Kiedy podczas Turnieju Pułki wykonywałeś wiersz, który prezentujemy w tym numerze ÓSMEGO ARKUSZA, celowo nie śledziłeś jego zapisu w ściśle „wierny” sposób (cokolwiek miałoby to znaczyć w wypadku wiersza graficznego). Co więcej, wydaje nam się, że między dwoma czytaniami – bo czytałeś go dwa razy, raz w trakcie konkursu i raz po rozstrzygnięciu, jak nakazuje konwencja – były znaczne różnice. Mielibyśmy więc do czynienia z jakimś elementem improwizacji. Jaką metodą, jakimi kryteriami kierujesz się, czytając na żywo taki wiersz?

MM: Och, muszę tu wspomnieć, że niezrównany jest Piotr Przybyła. Zaklinacz. Tylko że jego wiersze są znacznie smutniejsze, niż on je czyta. I to trzeba odgadnąć. Co do mnie, to nie wiem. Mogę oczywiście to tłumaczyć w ten sposób, że odtwarzam stronę audialną wierszy, które są intermedialne, gdyż optofonetyczny zapis do tego służy. Następnie ciągnąć wyjaśnienia w tę stronę, że zawarte w książce wiersze, ciągi, plamy tekstu są opracowane zasadniczo pod kątem oglądania, czyli, rzecz jasna, czytania, tylko my zapominamy, że trzeba słowo wpierw okiem znaleźć, żeby móc przeczytać, że się przyzwyczajamy, a potem już znajdujemy znaczenia „po omacku”, natomiast poezja konkretna ten nawyk wystawia na próbę, „na światło”, redukując związki nawykowe łączące słowa. Przy tak poważnej eksplikacji jak ta nie powinno zabraknąć komunikatu, że wymagam czujności i czułości, gdyż całe strony zapisuję nie pod dyktando logiki, ale sugestywności, odstawiam na bok linearność tematu na rzecz sekwencyjności obrazów oraz stosuję przenikania, które za Adamem Ważykiem można uroczo i nieporadnie nazywać lap dissolves. Wiemy z pewnością to, że wiersz jest materią, którą ujmujemy. Po tym, jak to robimy, można dużo powiedzieć o materii, czy jest ciężka, czy zimna. Wykonując na głos, muszę wydobyć tę sugestywność i sekwencyjność wiersza, tylko dla słuchu to trzeba inaczej zrobić niż dla oka. Będę jednak uczciwy, Katalin Ladik to dla mnie już za daleko, ale może we mnie jeszcze jest za dużo autocenzury, przecież to jest niesłychanie wibrujące. Mam natomiast już swoje lata, chcę sobie dać jakieś szanse, gdybym w ten sposób zaczął, to by mnie krytyka wysłała do „Voice of Poland”, a co bystrzejsi na warsztaty śpiewu do ośrodka Brama Grodzka.

MK, PK: Kogo wskazałbyś jako najważniejsze inspiracje dla swojej poezji – wśród poetów i innych twórców, żyjących i nie?

MM: W tym, co powiedziałem do tej pory, padło wystarczająco dużo przykrych autodeklaracji.

MK, PK: To może pytanie lekko naiwne, ale i tak jesteśmy ciekawi odpowiedzi. Co w wypadku twoich wierszy przychodzi pierwsze: koncept, czy, nazwijmy to, temat (obserwacja, doświadczenie, empiryczny punkt zaczepienia)? Albo inaczej: na jakim etapie pracy nad wierszem decydujesz o formie zapisu?

MM: I trochę nieprzyzwoite. Jest jak jest, bo inaczej nie umiesz. Decydują własne ograniczenia. Niestety nie stosuję zapisu automatycznego. Wygląda to teraz w ten sposób, że notuję sobie zdanie albo dwa, które do mnie się przyczepiły, a potem pracuję. Zastanawiam się, co z nimi właściwie zrobić. Ktoś inny dopisałby kilka linijek na końcu albo na początku. Przeważnie i ja tak robię, a potem wydaje mi się to niewystarczające. Zdaję sobie sprawę, że nie wiem jeszcze, co właściwie zapisałem. Piszę dalej. Mam notatnik napuchnięty od kleksów (a właściwie dwa, jeden bardzo szeroki i drugi wąski), przepisuję więc do edytora co tam mam. Radość. Przypomina to wiersze. Nie wiem jednak wiele więcej. Przestrzeń utworu jest przecież niezdeterminowana. Dopóki sobie nie dookreślę samemu tej przestrzeni, mam poczucie, że wiersz jest czymś abstrakcyjnym albo czymś niedokonanym. Każą mi dać tego tucznika w ręce profesjonalisty i odebrać zapakowaną szynkę w plasterkach. Wolę sam zabić. Przychodzą mi więc różne pomysły co, gdzie i jak powinno się rozegrać na stronie. A ja cały czas piszę, podtrzymuję temperaturę, dokładam. Oczywiście mam „temat”,  tyle że zarysowany „koncept” wszystko zmienia, wpływa na te kilkanaście, kilkadziesiąt zdań, które do tej pory zapisałem, a równocześnie pozwala jakimś zjawiskom językowym w ogóle się pojawić, uwalnia przestrzeń na nie, otwiera rejestry. Z kolei te wiersze i zjawiska, które przychodzą, jak i te, które pomimo żarliwych łez się nie pojawiają, rozszerzają „koncept”, negocjują z całością lub przekreślają pomysł. W czasie mojego pobytu w Ośrodku „Pogranicze” w Sejnach i „Międzynarodowym Centrum Dialogu Dwór Miłosza” w Krasnogrudzie, sądziłem, że jedynie uporządkuję notatki do mojej drugiej książki. Nieopatrznie dla mnie pracowałem w bibliotece, która na moją książkę się zawaliła. Wróciłem więcej niż rozgrzebany, a równocześnie wszystko wtedy dopiero udało się rozpisać.


Marcin Mokry – ur. 10 stycznia 1980 w Gliwicach na Górnym Śląsku. Z wykształcenia filozof. Od 2006 roku uczy etyki w szkole ewangelickiej im. Alberta Schweitzera w Gliwicach. W 2016 roku otrzymał Nagrodę Specjalną w XXII Konkursie im. Jacka Bierezina. Zadebiutował tomem czytanie. Pisma (2017), a niebawem nakładem Fundacji im. T. Karpowicza ukaże się kolejny – Świergot.