Rod Mengham – Pieśni burzowe (04.2020)

Pieśni burzowe
(tłum. Tomasz Bąk, Paweł Kaczmarski)

1.
Stanę się nurkującą jaskółką
i dowiodę zapału. Gniazdo jest
przytwierdzone do jaskiń tam, gdzie Odra wije się
wzdłuż parkingu, gdzie szepcze wapień
i granicę ma lód topniejący nad
doggersami i ocaleńcami ze stag party,
przygiętymi wielkim ciężarem
chemicznego poroża. Terminalna igła, obnażona
na końcu każdej linijki
wzięła się znikąd. Pozbawieni nadziei
wzięli się znikąd,
po raz trzeci i ostatni,
dzwony biją na wyspach, przecinając wodę
z jej własnym ustnikiem z łoziny i wikliny.
Bezcelowe ptaki szepczą czy szeleszczą
i wiosna wpełza z nabitą bronią
z dziecięcego, krwawego ogrodu.
Strzał rozbrzmiewa i niesie się
długo w nocną omszałość.
Wodnik, roztrzęsiony na brzegu,
przechyla otwarty dziobek,
wołając fałszywym półtonem
dziecka, które odeszło. Księżyc rozświetla
resztę na mgnienie.
Za górami, za lasami
szpital wspomnień. Wśród sąsiednich przysiółków
nie było Barking. A wy,
czarne kółeczka wokół oczu poranka,
gdy zjawia się najpierw leśnym nędzarzom,
kiedyś byłem jak wy, słowiański i niewiadomy.

2.
Pozwól mi rozkroić jeden z alpejskich szczytów
i rozważ białe światło na ścieżkach, co się wiją
głęboko pod jeziorami ze snów innych ludzi.
Idee ścierają się w muzeczniku,
słowa formują chmury
a martwe wulkany mogłyby powiedzieć,
że zmuszono je patrzeć na linię jej łopatek.
Widziały twoje spojrzenie w jej oczach.
Były tam lilie i żabi skrzek
w równych proporcjach, trochę dzikich bratków
i nagle wybijające wieści.
Przyłożyłeś wilgotne ucho do ziemi,
ale żaden człowiek ni szczyt nie poruszył się
i niewypowiedziana myśl wniknęła
w niedostępny mózg: mózg
Nowej Polskiej Chłopki.
Marzyła przez chwilę o nauce,
rzygając już tymi harmoniami.
Dalszy opis musiałby zaś zawierać
jej długi jak mgnienie żal po stracie
psa (wabiącego się Słowik), który
przybłąkał się wprost na pole walki,
by sobie ulżyć. Giotto nie uznawał pinxit.
I nie ma choć śladu Dantego
w opisie jej porzucenia
za kółkiem samochodu.
Nic z Platona w jej 4×4.

3.
Usiadłem nad brzegiem
niczego, co stanowiłoby twój interes
i poprosiłem wody, by naniosły nieco sensu
na głosy męczące mnie zawzięcie; nachylony
nad własnym odbiciem, pytając głośno:
‚Cóż, powiedzcie mi, może zrobić poezja,
aby pobudzić anioła melancholii?’;
lecz poślizgnąłem się na rampie
i wszystko pozostało niewypowiedziane.
‚Szaleńcze. Kiedyś myślałem,
że są głosy wracające
raz na kilka stuleci, jak kometa,
by spopielić węże wśród ruin
i zatrzymać wiosnę przed rozlaniem się
między przeciwczuciem a przeciwrozsądkiem.
Tej nocy Warszawa jest dziwnie jasna
i przypomina mi, że sprzeczność
musi zawsze dotykać nadwiślańskich topoli.
Jednak ten konkretny strumień jest teraz
nie więcej niż jednym, długim sikiem
śpiewającym niewzruszenie samemu sobie. ‚Nie wiem nic’ – powiedziałem –
– ‚o kometach, ale zdaje mi się, że niektóre
z owych niemych rozgwiazd
aż palą się, by rozwiązać im języki
na tę burzę, co nadciąga zza wzgórza’,
‚Ty, którego historia nazywa ERA’ – powiedziały wody –
– ‚nie pojmiesz, jakie słowa bez kształtu
objawią ci grób antropocenu.’
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o anielskich sprawach
(a właściwie to nie, bo nic z powyższego nie miało miejsca),
lecz nie byliśmy sami; i gdy przyszło dwóch mężczyzn
z wielkimi mastiffami, by urządzić walkę
nad brzegiem, woda cofnęła się w rubinowej poświacie.

4.
Wychodź, gdyż, wybacz te słowa,
zostałeś otoczony.
Z zachodu, zakłamaniem,
Z południa, przygnębieniem.
Z północy, nieznacznym zanęceniem.
Ze wschodu, gdzie jaśnieje zatracenie.
W dolinie Roncevalles
gdzie mgnieniem ucha można uchwycić
pieśni Wszechwiedzy dla Bezkresu
przypominasz pasterzy siedzących przy ognisku
jak durne ćmy, zebrane, by kultywować
pytanie o ciszę
wymuszone przez veto
nieustannego hałasu.

Wszystkie kwiaty przypominają mi teraz grób
i zapach śniegu, tę upartą ślicznotkę
trumienny modrzew. Jak daleko się to rozniesie.
Jest takie miejsce w sercu, obóz dla uchodźców
i stoją tam lśniące kobiety,
ich oczy ciemne i osadzone głęboko.

Doszli do miejsca z dynamo,
nie odleciał żaden ptak,
on zaś miał w ręku szewskie szydło,
by nim wyrąbać szyk zdań.

Mam sobie za złe takie nawiązanie
bo forma klasyczna umarła pomału
a to, co da się z niej jeszcze wydusić
ma maskę rodem z koszmaru.

Na wyjątki brak miejsca
pisać nie powinienem
walczyliśmy z bestiami w Efezie
za późno na naprawienie.


Rod Mengham – poeta, tłumacz, kurator i literaturoznawca; wykłada nowoczesną literaturę angielską na Uniwersytecie w Cambridge. Opublikował m.in. prace o Dickensie, Bronte, Henrym Greenie i Thomasie Hardym; redagował zbiory esejów o współczesnej fikcji, przemocy i sztuce awangardowej, prozie lat 40., poezji australijskiej – a także antologie poetyckie Vanishing Points: New Modernist Poems (2005) i Altered State: the New Polish Poetry (2003). Ta ostatnia poświęcona była najnowszej poezji polskiej. Wydał kilka własnych tomów wierszy, m.in. Unsung (Salt, 2006), Chance of a Storm (Carcanet, 2015), Grimspound & Inhabiting Art (Carcanet, 2018), 2019 the vase in pieces (Oystercatcher, 2020); opublikował tom przekładów z Andrzeja Sosnowskiego Speedometry (Contraband, 2014). Razem z artystą Markiem Atkinsem stworzył serię filmów; był kuratorem licznych wystaw sztuki współczesnej.