Sonia Nowacka – ZASPANI DYSTRYBUTORZY PRESTIŻU

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Zarówno tekst Antoniny Tosiek Jak przestać się oszukiwać w poprzednim wydaniu ÓSMEGO ARKUSZA ODRY, poprzedzający ten mój głos, jak i niedawna wymiana zdań, która miała miejsce pod facebookowym postem Jerzego Jarniewicza[1] oraz ostatnia dyskusja zainicjowana przez Biuro Literackie[2] udowadniają, że mówiąc o krytyce, wpadamy w pułapkę nieustannego zaznaczania i pokornego tłumaczenia, skąd dobiega nasz głos. Nie sądzę jednak, by można było produktywnie rozmawiać, kiedy debata ześlizguje się nieustannie w konflikty poetów z krytykami, krytyków z krytykami, poetów z kapitułami nagród. Merytorycznej krytyki chcemy wszyscy, tak jak chcemy dobrej poezji, ale do uprawiania jednego i drugiego potrzebne są sprzyjające warunki. A warunki są na ten moment nierozerwalnie związane z koniecznością przemyślenia sposobów działania poezji wobec mechanizmów wolnego rynku.

Głównym celem tekstu Tosiek, jak rozumiem, jest wskazanie pewnej korelacji w zjawiskach „prestiżu” debiutu i jego środowiskowego umocowania. Trudno z tym polemizować, bo zamiast argumentacji, od której rzeczywiście można by się odbić w dyskusji, Tosiek proponuje swoją osobistą perspektywę i sposób patrzenia na pewne środowiskowe relacje. Diagnozowanie problemu przez pryzmat indywidualnej oceny środowiska oraz przychodzenie z „osobistą” perspektywą rozmywa właściwą dyskusję, zamiast argumentacji czytelniczka otrzymuje zbiór indywidualnych impresji, niemierzalnych, subiektywnych wrażeń.

Odpowiedź na pytanie postawione w tekście Pawła Kaczmarskiego Cóż po prywacie (ÓSMY ARKUSZ w 5/2021 numerze „Odry”) inicjującym naszą dyskusję nie będzie prosta – jak krytyka literacka powinna reagować na to, co pozatekstowe, odautorskie, kładące nacisk nie na wiersz, ale własną osobę prywatną, kiedy widzimy coraz częściej, że wiersz i autor/ka to tak naprawdę ta sama odpowiedź na potrzeby rynku? Mało tego, owo „zaznaczanie pozycji” z której się mówi, jak mieliśmy wiele razy okazję się przekonać, dotyczy w równym stopniu języka krytyki i wypowiedzi o literaturze – świadczy o tym choćby sposób, w jaki do tematu podeszła Tosiek. Są to tendencje w oczywisty sposób ze sobą powiązane i wynikają z marketingowego, lajfstajlowego podejścia do literatury jako produktu, który należy odpowiednio pokazać. Poezja musi być instafriendly w tym sensie, w jakim instagramowe edukatorki starają się mówić o złożonych problemach, zastępując ich analizę samym „doreprezentowaniem” zagadnienia. Silnie zaznaczona autorska autokreacja staje się coraz wyraźniej substytutem rozmowy o poezji.  Krytyka, która poważnie podchodzi do swoich obowiązków, będzie się od tej autokreacji dystansować, jednocześnie jej nie ignorując ani o niej nie zapominając. Przedmiotem właściwej wypowiedzi krytycznej pozostaje tekst, a wypowiedź i kreacja autorska staje się problemem dopiero wtedy, kiedy wiersz nie ma nic do powiedzenia ponad to, co gdzie indziej mówi autor. Pozostaje bowiem dodatkiem, dopełnieniem pewnego wizerunku czy tożsamościowego projektu, który sprzedaje się poprzez autora. Do tego prowadzi właśnie fetysz autentyczności, chęć rozpatrywania poezji na zasadach, które podyktował rynek. Nie jest więc do końca tak, jak twierdzi Tosiek (Żonglerka wizerunkiem nie jest niczym nowym. Nie jest też wcale bardziej nachalna niż kiedyś. Platformy się zmieniają, metody cyfryzują, stado pozostaje stadem. Ale my jesteśmy przecież od wierszy. Rozmawiajmy o wierszach), bowiem fakt, że autokreacja okazuje się elementem pierwotnym, wpływa znacząco na samą poezję, zadania, jakie się przed nią stawia oraz sposób, w jaki się poprzez nią mówi. Uważam, że wszystkie związane z krytyką problemy zasygnalizowane przez autorkę mają charakter systemowy, a nie – jak sugeruje ona sama – środowiskowy.

Pierwszym problemem, jaki nakreśla moja przedmówczyni, błędnie i jednoznacznie utożsamiając go z kontekstem środowiskowym, jest ekonomia sił. Tak, problem z niedofinansowaniem kultury sprawia, że krytycy pozostają przy uniwersytetach. Najnowsza literatura nie jest (i nie może być – przy dzisiejszym systemie punktacji i weryfikacji osiągnięć akademickich) jedynym obiektem zainteresowań krytyków. A ponieważ czas wolny jest dobrem luksusowym, recenzenci przeznaczają określoną jego na dość ograniczoną liczbę znaków, co nie pociąga za sobą żadnych korzyści, nie licząc poczucia dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku. Zarówno więc w przypadku debiutów, jak i książek autorów wcześniej publikowanych krytyka musi dokonać ostrej selekcji. Tosiek szybko znajduje klucz: Na górze stosiku lądują więc najczęściej te z poleceniami, z dorobkiem, środowiskowym wsparciem, logo znajomego wydawnictwa,

Przede wszystkim – środowisko, o którym pisze Tosiek, nie jest tak przepastne, znakomita większość wydawanych książek ukazuje się z logo znajomego [krytyczce/krytykowi] wydawnictwa, bo tych wydawnictw wcale nie ma tak dużo. Jednak tak czy inaczej nie sposób opisać wszystkich książek wydanych w zaprzyjaźnionych wydawnictwach, poleconych czy opublikowanych ze środowiskowym wsparciem. Powodem jest tu wspomniana ekonomia sił – łatwiej jest opisać książki dobre, korzystniej dla poetyckiego dyskursu rozmawiać o realizacjach ciekawych, wyróżniających się, wybitnych. Trudno jednoznacznie wykazać – myślę, że dlatego nie robi tego sama Tosiek – że dowartościowanie poszczególnych autorek i autorów wynika z uwikłań środowiskowych krytyki, a nie z wypunktowanych w większości tekstów krytycznych elementów oceny dyktowanych często sprawnym filologicznym warsztatem. Naprawdę trudno dyskutować z wrażeniami i emocjami, kiedy w grę wchodzą chociażby mierzalne elementy warsztatowe i konkretne postulaty twórcze. Dlaczego „pominięci” zostają pominięci? Z różnych względów, najczęściej jednak dlatego, że o słabych książkach najzwyczajniej nie opłaca się pisać.

Tak czy inaczej, nie do końca rozumiem, jakie zadanie stawia przed sobą Tosiek, kiedy przywołuje przykład Bosorki Kasi Szwedy. Podpisuję się oczywiście pod apelem spierajmy się merytorycznie, na wiersze, szkoda tylko, że odezwa ta pojawia się w jednym z ostatnich akapitów, po tym, jak autorka poświęca kilka tysięcy znaków na niezbyt uzasadniony i średnio uargumentowany atak na koniunkturalną krytykę i nadzwyczajną, magiczną moc środowiskowych znajomości, które koniec końców – jak stara się wykazać – przestają być ważne, kiedy poezja spotyka się z wrażliwością uczestników festiwalu: Nie oszukuj się, Droga Krytyko, nawet jeśli miałaś swoje opinie na temat opowiadania o Łemkach przy pomocy takiego właśnie obrazowania, takiej właśnie poetyki, to Twoje zdanie okazało się mało znaczące. Książka Kasi Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku; trzy duże nominacje, spora sprzedawalność (ranking najpopularniejszych książek roku na poezjem.pl), niezwykle pozytywny odbiór czytania Kasi podczas ostatniej Stacji Literatura w Stroniu Śląskim. Bosorka zadziałała. Udało jej się wyjść poza wąskie grono środowiskowych odbiorczyń, trafiła do osób z pochodzeniem łemkowskim i stała się dla nich ważna. Roboczo nazwałam to sobie „testem prawdziwego świata”.

Oczywiście, przykład Bosorki ma udowodnić czytelniczce, że owa „Krytyka” przywoływana przez Tosiek nie jest nikomu potrzebna, że poezja, która odpowiada na potrzeby czytelniczki w końcu sama sobie znajdzie odbiorcę i wygodnie umości się w polu. Ale jest to argumentacja nad wyraz niespójna i niekonsekwentna – skoro książka Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku i świadczą o tym trzy duże nominacje, to kto zasiada w kapitułach tychże nagród? Skoro czytanie Szwedy było pozytywnie odebrane podczas Stacji Literatura, to kto zasiadał na widowni? Jeżeli przez ostatnie lata nic się nie zmieniło na Stacji Literatura, to były to w znakomitej większości osoby z krytykowanego przez Tosiek środowiska. Ranking najpopularniejszych książek na poezjem? Kim jest statystyczny klient zamawiający książki na poezjem? Bosorka zadziałała? Wydostała się poza wąski krąg dotychczasowym odbiorców poezji? Czy pozytywny odbiór na ekskluzywnym festiwalu literackim naprawdę ma stanowić dowód „działania wierszy”? Udowodniła, że zawiedli krytycy, którzy nie wyczuli popytu, a odbiorca przemówił, dokonał wyboru, jednym gestem unieważnił całą (negatywną) krytykę i wszystkie jej argumenty?  A wreszcie – czy komercyjny sukces poezji rzeczywiście miałby świadczyć o jej szczególnej mocy? Można się domyślić, że krytykując dotychczasowych recenzentów Bosorki, Tosiek ma na myśli chociażby przywoływaną już przez Kaczmarskiego wypowiedź Weroniki Janeczko, której zarzut choć dotyczył „tożsamościowego” charakteru poezji Szwedy, w rzeczywistości był głosem przeciwko komercyjnemu przetworzeniu tej tożsamości, wciąganiu obrazu społeczności Łemkowskiej w wizję uromantycznioną i egzotyczną, a wreszcie budowaniu kapitału poetyckiego na owej egzotyzacji. Zatem chodziłoby tu nie tyle o „pogardliwą tożsamościówkę”, jak nazywa to moja przedmówczyni, ile o wszystko to, co się ze wspomnianą tożsamością w wierszu dzieje, w jaki sposób się ją sprzedaje, a wreszcie –  podporządkowuje poezję logice rynku, czyni ją produktem atrakcyjnym i przystępnym dla konsumenta. Nie liczy się już powiedzenie czegoś w sprawie, ale sama reprezentacja, zastąpienie wypowiedzi konkretną, pożądaną przez konsumenta reprezentacją. Ma to oczywiście konsekwencje w całym dyskursie okołopoetyckim – akcentowane przestaje być to, co się mówi i w jaki sposób, ale o czym i jako kto.

Mam wrażenie również, że atak Tosiek wiąże się z jakimś dziwnym zespołem oczekiwań i przekonań na temat funkcji krytyki. Nietrudno wyobrazić sobie świat bez profesjonalnej krytyki literackiej i artystycznej, nie musimy specjalnie uruchamiać wyobraźni, wystarczy rozejrzeć się i zobaczyć, jaka poezja jest czytana rzeczywiście tam, gdzie działają mechanizmy wolnego rynku – być może tam znajdzie się miejsce i na Rupi Kaur, i na Lanę del Rey, i na Katarzynę Szwedę. Argument „z tożsamości odbiorcy” koniec końców zawsze spotka się z argumentem „z wolnego rynku”. Oczywiście, że tam, gdzie decydują mechanizmy wolnorynkowe, profesjonalna krytyka nie jest potrzebna, tak jak niepotrzebny okazuje się sprofesjonalizowany dyskurs o poezji. Liczą się impresje, emocje i możliwość utożsamienia się odbiorcy z dziełem.

W system krytycznych ocen wpisane są również decyzje kapituł nagród poetyckich – one  również związane są z komodyfikacją poezji. Towarzyszą im złożone wybory instytucjonalne, promocyjne, ideologiczne i estetyczne. Nagroda jest formą promocji nie tyle samego twórcy, co instytucji stanowiącej źródło finansowania i jej działalności kulturotwórczej. Nie chodziłoby tu więc o samo środowisko, tylko warunki rynkowe. Bo jeśli za kryteria dobrego wiersza uznamy zestaw cech takich jak: zdolność wywołania afektów, wzruszeń, wpływania na emocje odbiorcy, budowania opowieści o uczuciach na bardzo indywidualnym poziomie, to utwory pani Grażyny (którą bardzo szanuję) z fanpage’a Poetyckich uniesień czar powinny otrzymać wszystkie nagrody literackie w tym kraju.

I tu znajdujemy właśnie  zadanie krytyki:  rozpoznać i opisać specyficzną sytuację komunikacyjną, jaką jest wiersz, wskazać, co mówi się poprzez tekst poetycki i co on znaczy poprzez swoją formę. Jeżeli poezja nie stanowi wyzwania dla czytelniczki/krytyczki, a stanowi łatwą do streszczenia w wywiadzie emanację tożsamości autorskiej, to trudno mówić o niej jako dobrej poezji. Do tego potrzebne jest rozróżnienie wypowiedzi autorskich, które służą autoanalizie twórczości, stanowią próbę opisu twórczych zamiarów, odnoszą się, najogólniej mówiąc, do tego, co wewnątrztekstowe czy programowe, od tych, które stanowią wyłącznie gest autokreacyjny, dotyczą tego, co „na zewnątrz” tekstu – nastroju, okoliczności, własnych przeżyć i wrażeń. Najbliższa jest mi krytyka, która pozostaje blisko tekstu i jego znaczenia. Na to znaczenie niekoniecznie musi mieć wpływ to, co autor zjadł na obiad, czy bardziej poetycko – złocista łuna zachodzącego słońca, padająca na klawiaturę w momencie, w którym pierwotny rytm natury prowadzi duszę poety ku nowej frazie. Wypowiedź krytycznoliteracka jest dla mnie takim rodzajem refleksji nad poezją, jej strukturą, problematyką, formą, której nie da się zastąpić sprowadzić do luźnej, lifestyle’owej pogawędki o uczuciach, emocjach bądź wrażeniach autora/czytelnika. Choć to właśnie ten drugi model wpisuje się  w zromantyzowaną, umetafizycznioną wizję pisania poezji – jako twórczego aktu, który „się” wydarza pod wpływem impulsu, iskry, geniuszu, stanowiąc jednocześnie koło zamachowe „poetyckiego marketingu”.

Co do warunków rynkowych – część poetów zapewne podporządkowuje się im coraz chętniej, ze względu na materialne okoliczności panujące w polu, niedofinansowanie kultury i niesprawiedliwy system gratyfikacji twórców. Domyślam się, że gdyby finansowanie literatury i krytyki odbywało się poprzez mniejsze ośrodki, zostało rozbite i zdecentralizowane i wreszcie – niezależne od oceny formułowanej w konkretnych warunkach środowiskowych (w tym właśnie krytyczno-akademickie-dziennikarskie kapituły), warunki rynkowe przestałyby mieć tak ogromne znaczenie w procesie twórczym. Wracając do tez mojej przedmówczyni – dopiero kiedy przestaniemy się spierać o nierówną i nieuczciwą dystrybucję środków (ubranych w środowiskowy płaszczyk), będziemy się mogli kłócić naprawdę o literaturę. Argument środowiskowy – nie rozumiem go i nie widzę sensu w spieraniu się o niego. Literatura uwikłana jest, szczególnie przy takich a nie innych kanałach dystrybucji, w dużo większe i bardziej skomplikowane mechanizmy władzy niż konflikt na miarę amerykańskiego serialu o high school. Bo ani środowisko, ani krytyka literacka nie mają władzy, jaką ma kapitał.


[1] Jak stwierdził Jarniewicz, zasiadający w kapitule gdyńskiej nagrody literackiej:  Można oczywiście nagrody kontestować (choć jak dotąd żaden pisarz tego nie uczynił, chyba że ze względów politycznych), ale czy nie lepiej rozróżnić między formami konkurencji i zapytać, czy ta konkretna jest przyjazna dla wszystkich jej uczestników, czy nikogo nie wyklucza, czy szanuje nienagrodzonych. W Gdyni wszyscy nominowani zapraszani są na kilkudniowy pobyt w dobrym hotelu nad Zatoką, uczestniczą w spotkaniach literackich, ich książki prezentowane są w necie kilkuminutowymi filmikami, na gali każdy z nich – dwudziestka! – dostaje z rąk prezydenta miasta imienną statuetkę, a każda książka – znów 20 tytułów, jak na żadnej innej gali nawet najbogatszych nagród w Polsce – ma swoją galową prezentację. Dyskusja ta – nie pierwsza i nie ostatnia – dotycząca sposobów dystrybuowania i doceniania twórczości poetów po raz kolejny udowodniła, jak dużym problemem jest kwestia dofinansowania twórców i tego, co z najnowszej poezji przedostaje się do mainstreamu i na jak długo. Nagrody mają jednoznaczny wymiar marketingowy, służą promowaniu poezji, ale przede wszystkim jej sponsorów (miast, ośrodków lokalnych, instytucji i osób prywatnych) jednak trudna do pominięcia jest kwestia gratyfikacji finansowej, która towarzyszy umacnianiu pozycji w polu. Atmosfera ta sprawia, że tym silniejsza pozostaje chęć wpisania się w mocne, zauważalne przy wyborach kapituł konkursów poetyckie tendencje i kreacje (przykładem mogą być wzbierające w ostatnich latach „tożsamości” ekopoetyckie, w które wpisują się chociażby ostatnie wiersze Lebdy czy  natchniona twórczość poetycka i eseistyczna Zajączkowskiej).

[2] Mam na myśli debatę „Nowe języki poezji”, biBLioteka, 2020.


Sonia Nowacka (ur.1994), doktorantka na wydziale filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się krytyką literacką. Publikowała m.in. w „Pomostach”, „Odrze”, „2miesięczniku”, „Kontencie” i „ArtPapierze”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka i kilku innych konkursów.