Marta Koronkiewicz – Kosmiczny splin [rec. A. Adamowicz „Nebula”] (02.2021)

Jedną z krążących po Internecie historii na poprawę humoru, z gatunku Faith in humanity restored, jest relacja z prób nawiązania kontaktu z marsjańskim łazikiem Opportunity po tym, jak trafił on w środek kosmicznej wichury. Ostatnia wiadomość, jaką przesłał na Ziemię, zanim kontrola wysłała mu polecenie ograniczenia zużycia energii, miała brzmieć My battery is low and it’s getting dark – opublikowana w formie tweetu zdobyła masową widoczność, wywołała wyrazy żalu, potrzeby niesienia pomocy (adresowanych np. do Elona Muska), powstawały grafiki, rysunki i T-shirty przedstawiające samotnego, gasnącego łazika. Oppy, nazywany tak pieszczotliwie przez zajmujących się nim badaczy, nie nawiązał ponownie kontaktu z ziemską centralą. Owa centrala nie poddawała się jednak, badacze jeszcze przez osiem miesięcy wysyłali do łazika „budzące” sygnały, liczyli, że robot się podniesie. Gdy musieli już uznać, że to się nie stanie, w ramach słynnego dziś gestu pożegnalnego zagrali mu piosenkę I’ll be seeing you, w wykonaniu Billie Holiday, z ostatnią zwrotką brzmiącą: I’ll find you in the morning sun / And when the night is new / I’ll be looking at the moon / But I’ll be seeing you. W całej tej historii wzruszające są oczywiście przywiązanie i nieustępliwość badaczy, traktujących łazik z czułością, miłością wręcz, jakby był żywym istnieniem. Przykład troski, do jakiej zdolny jest człowiek wobec dowolnego, odruchowo przez niego antropomorfizowanego bytu.

Ten przydługi wstęp naprowadza nas na jeden z najciekawszych mechanizmów, które w swojej najnowszej książce uruchamia Anna Adamowicz. W wierszu cele nawiązuje ona do historii Opportunity:

cele 

My battery is low and it’s getting dark.
Ostatnia wiadomość łazika Opportunity do NASA (tak naprawdę to nie) 

och, Opportunity, łaziku, szczeniaczku zagubiony
w największym możliwym sandboksie, opowiedz nam, 
zamkniętym w klateczkach, co daje stopniowo gasnący 
krajobraz, co przynosi powolny spadek energii 

och, eksploratorzy, ludziki, szczeniaczki, zagubieni
w najmniejszych możliwych klateczkach, opowiem wam 
ja, zamknięty w sandboksie, co widzę z dystansu, gdy 
gaśnie krajobraz, co mówi przeczucie, gdy spada energia 

ciemna materia nie emituje ani nie odbija 
promieniowania elektromagnetycznego 
jej istnienie zdradzają jedynie
wywierane przez nią efekty grawitacyjne 

Pierwsza strofa zawiera apostrofę do łazika, marsjańskiego „szczeniaczka”, nieco nawiązującą do masowego internetowego poruszenia, ale znacząco przesuwającą akcent. Ci, którzy zwracają się tu do robota, nie tyle mu współczują, ile współczują sami sobie – „zamkniętym w klateczkach” – i pytają (pytanie tendencyjne) o ewentualne korzyści z zanikania. W drugiej strofie, paralelnie zbudowanej, Opportunity odpowiada, a dokładniej – zapowiada, że odpowie, zwracając się do ludzi tym samym pieszczotliwym określeniem „szczeniaczki”. Robot z przedmiotu czułości i sentymentu przechodzi w ich podmiot, udziela ich ludziom. Udziela jednak oszczędnie – ostatecznie, w strofie trzeciej, formułując odpowiedź na pytanie, nie tyle nawet oschłą, co techniczną, informacyjną (poszczególne zdania to lekko dostosowane cytaty z Wikipedii), prawdziwą, ale obojętną na uczucia odbiorcy. Chociaż więc Adamowicz przywołuje w motcie ową powtarzaną wersję ostatniej wiadomości wysłanej przez Opportunity, od razu dystansuje się od niej dzięki uzupełnieniu w nawiasie. I rzeczywiście – łazik faktycznie przekazał sygnał niskiego poziomu baterii, a także informację o bardzo ciemnym niebie (poziom jasności typowy dla marsjańskiej nocy, ale w marsjański dzień); znana wersja jest jednak „poetyckim przekładem” tych danych sformułowanym w reakcji na wiadomość podaną przez NASA, jej autorem jest dziennikarz Jacob Margolis. W wierszu Adamowicz odchodzi od takiego rozumienia „poetyckości” kosmicznych komunikatów. Antropomorfizuje robota nie po to, by stał się pojemnikiem na nasze uczucia, ale by mógł być źródłem informacji. W ostatniej strofie Opportunity opisuje ludziom, jak wygląda nic. Bezceremonialnie – „niewinnie bez serca i z daleka”, jak to było u innego poety – opisuje im ich przyszłość.

Adamowicz w Nebuli nawiązuje do ogólnego tonu emocjonalnego obecnego w jej poprzedniej książce, Animaliach, ale go nie powtarza. Wyraża niechęć do ludzkości, tym razem jednak jeszcze bardziej wyzutą z nadziei na poprawę naszej zbiorowej kondycji. Przeciwnie, pojawiają się tu niemal entuzjastyczne momenty nadziei odwrotnej, nadziei na faktyczny koniec gatunku ludzkiego. Mniej też gniewu, którego nie ma właściwie już wcale (a i w Animaliach był przecież stonowany). Poetka kontynuuje tym samym projekt katastrofizmu bez strachu, katastrofizmu nieśmiało bojowego, tym razem w centrum swojej uwagi stawiając nie zwierzęta (choć nadal sporo się ich pojawia), a roboty i kosmos. 

Kompozycja tomu nie jest nadmiernie usztywniona ani konwencjonalna, a jednak sprawia wrażenie precyzyjnej. Oprócz pojedynczych wierszy znajdziemy tu formy dłuższe: rozbity na części poemat Gagarin: voice_note(01-06).m4a, cykl sci-fi oraz cykl kipu; jest też krótka seria trzech jednolinijkowych wierszy-pytań do Paula Celana. Ułożone nie jedna po drugiej, ale przeplecione, podkreślają spójność książki, nadając jej też lekkości, płynności, a nawet budując suspens czy poczucie niespodzianki (jak wówczas, kiedy nie bardzo udane w pierwszym odbiorze Pierwsze pytanie do Paula Celana okazuje się jednak intrygujące i dowcipne, gdy czytelnik odkrywa parę stron dalej, że jest też Drugie pytanie do Paula Celana i zaczyna się już spodziewać „Trzeciego pytania do Paula Celana”). 

W poemacie, którego centralną postacią jest Jurij Gagarin, Adamowicz ze szczególną sprawnością i swobodą łączy wszystkie wątki, emocje i tony całej książki. Formalnie mamy tu do czynienia z notatkami głosowymi, które dryfujący w przestrzeni kosmicznej radziecki bohater formułuje sam dla siebie. Mieszają się więc zdania dokumentujące wykonane czynności, obserwacje, adnotacje dla pamięci, oznaki majaczenia: 

Gagarin: voice_note02.m4a 

być elektronem, nie znać własnej prędkości 
nie znać własnego miejsca 

pamiętać: psy mają zęby 

pisk sputnika 
płacze? 

czasami nazywasz się Głód 
czasami nazywasz się Szpik 

jedno z oczu ropieje 
pamiętać: poproś o krople 

poproś o kocyk

proszę cię, Waliusza, nie umrzyj ze smutku 

obniż temperaturę, wosk się topi 

żuchwa wypadła mi ze stawu 
ale ją naprawiłem
a szybkę skleiłem srebrną taśmą 

zjadłbym jajko faszerowane 

Chociaż Gagarin faktycznie przebywał w kosmosie jedną godzinę i czterdzieści osiem minut, w poetyckiej wizji został w nim na dobre, na granicy jawy i snu (kometa rozcięła mi łuk brwiowy / kiedy chciała mnie pocałować), życia i śmierci (kabina się rozszczelnia / powtarzam, kabina się rozszczelnia), jako zbiorowe wyobrażenie kosmicznej samotności. W adnotacji umieszczonej na ostatniej stronie książki, autorka dziękuje pandemii wirusa SARS-CoV-2 za podarowanie wolnego czasu niezbędnego do zakończenia prac nad książką. Pandemia koronawirusa i jej złożone społeczne skutki będą niewątpliwie dochodzić do głosu w poezji najbliższych lat, już można odnotować pierwsze przykłady ‒ trudno powiedzieć, na ile udane. Poemat o Gagarinie wydaje się jednak znakomitym przetworzeniem przede wszystkim dziwności tego czasu, swoistego zawieszenia, dryfowania w nieznanej przestrzeni, poczucia zagrożenia o niedookreślonym kształcie. Że jest to także temat tego utworu, widać po anachronizmach czy słowach kluczach: pamiętać: wycofaj subskrypcję Netfliksa, pamiętać: zamówić teleporadę u dentysty. Pułkownik Gagarin nagrywa notatki, bo w odróżnieniu od majora Toma nie ma kontaktu z Ground Control – może nigdy go nie miał, a może po prostu ją przeżył. W ten sposób Adamowicz nawiązuje do tematyzowanego po wielokroć w książce problemu dokumentowania, utrwalania przekazu i wiedzy (stanowiącego dominujący wątek w cyklu kipu – tytuł to nazwa pisma węzełkowego stosowanego w kulturach południowoamerykańskich), ale zwłaszcza wiedzy „nieadresowanej”, przekazu dla informacji – nie dla adresata. W tym kontekście czytać daje się kolejny wiersz o marsjańskim łaziku, tym razem Perseverance:

błyski 

Explore As One. 
Wiadomość umieszczona w łaziku Perseverance 

mam piękny rentgenowski fluoroscencyjny spektrometr 
mam piękne kamery panoramiczne i stereoskopowe
mam piękny radarowy przetwornik obrazu podpowierzchni 
mam piękny analizator dynamiki środowiska 

mam aparat do robienia selfie 

jestem misją ratunkową 

Perseverence nadal jest w drodze na Marsa, lądowanie przewidziano na 18 lutego 2021. Prace nad konstrukcją kończono w trakcie pandemii i izolacji; łazik zawiera plakietkę upamiętniającą wysiłek pracowników medycznych w walce z covid-19. Oprócz tego wiezie ponad 10 milionów imion i nazwisk osób, które skorzystały z oferowanej przez NASA możliwości „wysłania ich w kosmos”. Jego celem będzie studiowanie powierzchni planety, zbieranie próbek skał, poszukiwanie śladów dawnego życia. Co więc i kogo ratuje lub ma ratować Perseverance? Ludzkość, poprzez ewentualne przybliżenie nas do skolonizowania Marsa? Ludzkość, przez samo dawanie jej nadziei na skolonizowanie Marsa? Czy może świat, przez dawanie ludzkości nadziei na skolonizowanie Marsa; przez którą ci, którzy mogliby to robić, nie ratują ludzkości przed wyginięciem? I pytanie pochodne: do kogo mówi wyposażony w wierszu w głos łazik? Komu się chwali? Z kim jest, ma być, będzie As One?

W drugiej części cyklu sci-fi wizja robotów przejmujących kontrolę nad światem i niszczących ludzkość także jest w pewnym sensie wizją ratunku: roboty zabiorą nasze talerze z obiadem i oddadzą biednym / roboty wygrają z nami w warcaby pokera szachy i go / a potem nie zabiorą postawionych pieniędzy / roboty zabiorą nasze samochody i zaczną nimi jeździć / bezpieczniej niż my kiedykolwiek. To ratunek dla lepszych cech ludzkości – które chętnie widzi ona w tym, co nieludzkie, a przez nią stworzone („szczeniaczki”) – ale nie dla samej ludzkości. 

W tym miejscu otwiera się szersze pytanie o to, co lub kogo – i dla kogo – pozwala zachować/przechować eksploracja kosmosu. To o tyle ciekawe, że odważne, utopijne odpowiedzi na to pytanie stały u podstaw radzieckiego programu kosmicznego, szczególnie dla Adamowicz w tej książce ważnego (ważniejszego niż amerykański). Ruch bolszewickich biokosmistów deklarował jako swoje hasło „nieśmiertelność i międzyplanetarność” – przekroczenie śmierci przez podbój kosmosu. U Adamowicz, zainteresowanej w równym stopniu niesporczakami co ludźmi, ten temat powraca, ale jak dokładnie się wobec niego poetka sytuuje, to kwestia do osobnego omówienia.

Nebula jest najbardziej dojrzałą, najswobodniej poprowadzoną książką Adamowicz. Widać tu wyraźny koncept, ale widać też, że nie paraliżuje on autorki. Nowością jest humor inny niż ironia, nadający tomowi pewnej lekkości (nie w sensie efekciarstwa, raczej przeciwnie – nie czujemy, że coś tu obliczono na efekt, dowcipne momenty pojawiają się jakby same dla siebie, kiedy mówiący ich potrzebuje, mimochodem). Mimo znanego już z Animaliów dążenia do wysokiej komunikatywności, językowej klarowności tomu zdarzają się też momenty lekko zagadkowe albo wieloznaczne – również niewdzięczące się do czytelnika, sygnalizujące mu jedynie, że mowa o rzeczach, co do których nie ma pewności. (Dwa przykłady obu chwytów, oba z poematu o Gagarinie: śnił mi się Mały Książę / pobiłem go, bo mnie wkurwiał, zaciąłem się przy goleniu / nie jestem pewien, czy specjalnie). Przede wszystkim zaś jest Nebula książką na wiele sposobów, na wielu poziomach i w najlepszym sensie aktualną. Jeśli debiutanckim Wątpiom zarzucałam w recenzji dla Ósmego Arkusza przede wszystkim brak odniesienia do szeroko pojętego „teraz”, to w nowym tomiku Adamowicz poradziła sobie z tym problemem znakomicie.

Anna Adamowicz, Nebula, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020, s. 40.

Julek Rosiński – wiersze (02.2021)

boisko do rzutu młotem

I
ci niesforni trampkarze połamali plac! Wynajmują
mieszkania, zapuszczają włosy. jutro spod tej tafli 
wyciągnie się ciało, ciało oczywiście kogoś nam przypomni, 
kogoś, dla kogo warto przeżuć sieć, strawić sieć, wysrać sieć. 
sterczymy nad przeręblem rozchełstaną krą, 
rozbieg chodzi wkoło, spuchł jak Platon, mruczy

II
drabina w próżni: stopień 
po stopniu, do samego końca. 



(niech leci „Save it for later”)

jeżeli tylko jest szansa, nie biorę udziału w jasełkach,
wykręcam się sceniczną drętwotą, jakością murawy. 
staję wśród widzów niby przyjarany Charon i gdy 
oni oklaskują swoje sine z bólu Marie, swoich 
małych, biednych Józefów, ja klaszczę lalce, jej 
twardym, świętym oczom. krzątanina w szatni, 
spadł śnieg, po nim spadły ptaki.



użyźnić

pozostało nam maksymalizowanie zysków,
udoskonalanie podpisów – pętelki, haczyki,
kopanie ogródków tak by nic nie odkryć, ile jest w końcu
historii o minach i minionych wojnach – po co rozgrzebywać
idziemy, kreślisz w powietrzu linie: front szedł tak,
na wylot, potem tańczyli, gzili się, padali gdzie stali.


Julek Rosiński – ur. 2001, warszawiak. Debiutował w „Wakacie”, by potem nie debiutować w pismach takich jak: „Stoner Polski”, „Kontent”, „Wizje” czy „Mały Format”. Wygrał konkurs „Wiersz i opowiadanie doraźne” (2020), laureat „Połowu 2020”.

Patryk Kosenda – wiersze (02.2021)

Młody Zagłada struga kamrata

Skleić wyklętość prowizorycznie.
Budulec – spleśniałe tętnicze powidło.

Chwała Cośtamowi! Odwija powiekę: 
a jedzie mi tutaj ryksza-widmo, 
w niej bukiety zębów i słone kadzidło? 

Nie miałem motywu, by grzebać aliena w gieesie.
Porzućmy papieży srających w lesie w lesie.
Wybacz, królu pozłotkowy, ale muszę to wiedzieć:

czy w stajence wisiał krzyż, 
gdy pastuszkowie nacierali się mirrą?


Radosny wskaźnik

To nie król spod budki z bronią.
To pojebane, że głos dwóch profesorów
znaczy więcej niż śpiew żula.

Krzyczy z gumy świnia. Twój stary się podjarał,
samospalił na jakimś placu eterowym.
Rześka alchemia – niuch, wyniuch.

Wypożyczam wydech do pracy i czuję,
że rozwój osobisty ukatrupił rozwój osobisty.
Fiaskonurkiem zostań, jak, kurwa, nie wiesz

kim zostać. Lekki diabeł, partacz
w miąższ zrolowany. Demon jest taki,
jaki powinien być – popierdolony.


Takiego pięknego dżina wypuściłem

Czy w worku na ciała są jabłka i seks?
P. Suchanenda – Motasz łupka?

Twórcy kultowych komedii określają swoje
penisy mianem „życiodajnych”. Minął już czas
na wypranie baldachimów.

Kto pamięta – ten miał. Kto pamiętał – ten prał.

Possać posażek z cynicznym głodem,
hienić się drętwo z jego odbiciem.
Z wierzchu już martwy, nadzienie chrupkie:
Jak mi dają – to jem. Jak nie dają – życie!

Chłopiec od podawania jabłek z klasową interwencją:
złe duchy to tylko wymyśleni, a odrzuceni przyjaciele!
Franklin potrafił już czyścić broń i sznurować mordę.

Głód pancerny.
                   
Żółw w karcerze.
                                       
Słodkie waluty pachnące intencją.


Take your hands off my Lobby Boy

Stareńki windziarz Koralgol 
śni o semaforach 
na swojej wiecznej zmianie.
Konstrukcja w Szabernakulum Hotel trzeszczy 
jak parada chrząszczy na szczebrzeszyńskim rejwie.
Winda upstrzona spoconymi protezami, pachnidełka
pachną transformacją – jak my wszyscy.
Stareńki windziarz Koralgol 
śni o transformatorach 
na ich wieczną chwałę.
Snem rzewnym i rzęsistym jak wycinki onanisty.


Spruty łazik ze znakiem na czole

Sędzia swoim zwyczajem zastosował przywilej korzyści.
Sztuka samorozśmieszania jawiła się nam jako przekleństwo.
Chcesz nabyć moją bojaźń w niezidentyfikowanych celach badawczych?

Wczasowy antropolog z podbitym okiem w trójkątnej łapie.
Poborca zakochany w ośmiornicy, która mieszka pod jego mostem.
Kropnięta pamięć żołądka suflera.
Zdumiona nagonka na dżem z surowego mięsa.

Ciukać pacyfką niepokornych ojców. Ucałować cielę.
Nasi hipisi brzydzili się komuny. Anulować sequele.


Patryk Kosenda – ur. 1993 r. w Łowiczu.  Redaktor „Stonera Polskiego”, pejowy „Nowego Napisu”, gajowy  w „Cholibka Ech”. Autor debiutu poetyckiego „Robodramy w zieleniakach” (Ha!art 2019) i nadchodzącej książki z wierszami – „Największy na świecie drewniany coaster” (KONTENT 2021). 

Dominik Bielicki – wiersze (02.2021)

Tablica informacyjna

żółta koło bramy
podzielona na wiele rubryk
garną się do niej całymi rodzinami
starcy inwalidzi

ale kierowcy z parkingu
podchodzą wprost do parkanu
przekonać się na własne oczy
co tam się wyrabia

a kiedy odwracają się
próbuję odczytać z ich twarzy
co myślą jakie mają uwagi

co zrobiliby lepiej argumenty
czy są gotowi bić się o swoje zdanie
czy mają na myśli kogoś konkretnego


Warczeli

Tak, nie da się ukryć, warczeli 
w sekretariacie, w gabinecie lekarskim.
Najbardziej chyba na basenie.
Warczeli na dzieci. 

Na ten kłąb tornistrów i worków, 
nieskoordynowany odwłok, który trzeba 
przeprowadzić przez muzea, dworce, 
higienę jamy ustnej, szatnie i przebieralnie.

Rozdawali nam instrumenty i kolby,
zatrzymywali się z nami autokarem na siku,
wydawali numerki, podbijali obiegówki – warcząc.

Byśmy się nie pozabijali, nie potopili.
Byśmy tak nie ściskali rakietek, 
a nasz backhand był równie dobry jak forehand.


Tupią

Tupią, mówi, a nie chciałem wiele.
Znasz mnie, kupiłem tanie mieszkanie,
żeby leżeć, oglądać filmy, mniej pracować.
Ale tupią. Pakistańczyk smaży. Przez wywietrznik

słyszę całe rozmowy. Wyjmuje telefon
(telefon ma czuły mikrofon, to dobry sonometr)
i bada napięcie akustyczne. Chodzimy na piętach
po terakocie w kuchni, w przedpokoju.

Tupiemy, mówi, ale bez dudnienia,
to znaczy, że dobrze jest wylany beton.
O, tu zadudniło. Ale niezbyt głośno.
Dźwięk musi się roznieść. Kupiłem lornetkę, 

żeby patrzeć, kto tupie, zamiast leżeć.
Gdy zatka się uszy, słyszy się organy.
Żeby spać, trzeba zasnąć, żeby nie być – umrzeć.
Nic tego nie zmieni. Żadne zatyczki.


Dominik Bielicki – ur. 1976, mieszka w Warszawie, publikował w „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Odrze” i „Wakacie”. Wydał tomy poetyckie: Gruba tańczy (2008, Staromiejski Dom Kultury) i Pawilony (2017, Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza). Laureat Nagrody Literackiej Gdynia 2018.

Nat Raha – wiersze (01.2021)

[i/5]

grrrl / / jeśli jesteśmy obywatelkami

znikąd, pogróżką rzuconą dźwiękom &

obrazom;; opanowane / zasznurowane prześliczne

my, kobiece nie jesteśmy tu po to by 

przeprowadzić sekcję twoich oszustw ->-> skóra narządy

tak późną porą, wymierzone

w codzienną przemoc: jeśli sprawia ci przyjemność

znęcanie się nad życiem / &

piękno na naszych oczach


[ii/3]

my, niewidzialne: ulice obsypane

pierzem, nasze osamotnienie

— zaprzeczone rozwibrowane marzenia

przejmowanie szkół & decyzji, twoje

noce rozprute przez ogień, dezinwesto

wane / pogłębiona jednostkowość

ciał, naszych / pamięć ucieleśniona

, swędzenie, mokra plama na Union Jacku

twoje prawdy ukorzenią się na nowo


[iv/3]

W ekstremach wykresu histori

-i twoich reakcji,, czaszka puls

w totalnej wrogości

pazur kultu/r[y]: wybielone,

w amnezji, fałszywe obraz-

y, krucha fala 

podżegania/ plasterek nieprzerwanych

reklam, newsów & telegramów

: naznaczony, wyw/rotowy


Przełożyli Tomasz Bąk i Marta Koronkiewicz


Nat Raha – brytyjska poetka, queer/trans aktywistka, wykładowczyni uniwersytecka. Wydała trzy zbiory poetyckie: of sirens / body & faultlines (Boiler House Press, 2018), countersonnets (Contraband Books, 2013) i Octet (Veer Books, 2010). Współredaguje zin „Radical Transfeminism”. Mieszka w Edynburgu.

Żaneta Gorzka – wiersze (01.2021)

Ponowoczesne sumo poety głównego nurtu z weną

Wzruszona do głębi wena płacze. Poeta głównego nurtu przybliża się na dwa wersy.

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Przyjaciółko, dlaczego posmutniałaś?

WENA

–Ponieważ to była ostatnia książka, jaką mogłam ci podarować, przyjacielu. Napisałeś wszystkie cztery książki swojego życia i coś ważnego między nami się skończyło.

Poeta głównego nurtu zbliża się do weny na kolejne dwa wersy i siada po turecku. Prosi o ogień, chociaż nie pali.

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Czy mogę ci coś zaproponować? 

Wena potakuje. Poeta się zaciąga, choć nie dostał ognia, i stawia pomiędzy nimi dwukropek.

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Proponuję zabawę w poszerzenie granic obecnego pola literackiego. To nam obydwojgu dobrze zrobi. 

Wena jest zaskoczona propozycją. Poeta się  zaciąga.

WENA

–A jak się… bawi w poszerzenie granic obecnego pola literackiego?

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Ja będę legionem postzaangażowanych dykcji, a ty będziesz stawiała nam opór.

WENA

– I już?

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Już.

WENA

–A co, jeżeli przekroczycie granice waszych języków?

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Pole się poszerzy.

WENA

–A co, jeżeli ich nie przekroczycie?

POETA GŁÓWNEGO NURTU

–Pole pozostanie niezmienione. A jak będziemy bardzo blisko ich przekroczenia –  to będzie kolaps ze wskazaniem na remis. Ważne, żebyś stawiała nam opór, resztą my się zajmiemy.

Poeta głównego nurtu gasi papierosa o obcas i znienacka wysypuje z rękawa tuzin zapomnianych figur retorycznych. Następnie multiplikuje się w legion nowych dykcji, na co wena bez zastanowienia bierze je w cudzysłów. Ciąg dalszy nastąpi.



John Wayne odpowiada na pytanie młodej aktorki z Republiki Południowej Afryki w czasie spotkania z adeptami aktorstwa z całego świata w swojej rezydencji przy Newport Beach 21 lipca 1970 roku

–Dzień dobry. Nazywam się Trish i chciałam zapytać, jak by się pan zachował, gdyby nagle zobaczył prawdziwego kosmitę?

– Dziękuję ci, moje dziecko, za to odważne i ważne dziś pytanie. Cóż, moja reakcja okazałaby się zapewne typowa: skamieniała żona Lota byłaby przy mnie ruchliwą roczną dzidzią.



No idźcie do podologa którzy to czytacie!

Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć 

ani nie wiem jak to się stało

ale właśnie w tej chwili poczułam 

w sercu że połączyła mnie z Leonardo DiCaprio 

niewidzialna lecz trwała więź wspólnej miłości 

do cytryn pakowanych w takie wielorazowe siatki.


I że najmniejszy nagniotek na waszych piętach 

może to porozumienie dusz zniszczyć. 


Rozumiecie już?!


Żaneta Gorzka –  autorka dwóch książek: debiutanckiego Łokcia jelenia (self-publishing, 2020)oraz Lekko zdenerwowanego Awatara wybiegającego z łazienki około północy (Wydawnictwo j, 2020). Obecnie pracuje nad zbiorem haiku.

Szymon Bira – wiersze (01.2021)

***

każde zdanie zawiera błędy

błędy mają zęby goryla


jak wyglądałby budynek

którego nie ma w opisie?


stylowe zombie wykonuje szereg

czynności, odwraca lunetę i patrzy

– czy mógłby budynek?



***

Czy da się uciec z miejsca

z którego nie da się uciec?


– Da się!

– Nie da (to bajka)!

Decyzje wydają się podjęte.


– Zawsze można coś zrobić,

można chcieć uciec,

ale nie da się. Widziałeś rozstrzelanych?

Miejsca mnożą się.


– Widziałem, da.



nie zalejesz

sto wielbłądów

i kolorowy biedniejszy tygrys


białko i cyfra, zasięg

transport doraźny, publiczny


mogłaby już tam zostać

data nie cierpi, nie zalejesz

– macha i stygnie



popukaj w denka

nie wychodź z domu

jak nie jesteś dynamiczny

wszystko mi przeszło

lipiec odra klei się

do czwartego piętra


popukaj w denka

srebrne wahadełko

– jest chemia nie ma

chemii –

liczy się

tylko to, co zechcą powtarzać



trap

grek dał mi muszlę

trzydzieści pięć 

stopni w cieniu

majfrend majfrend

wrócisz do mnie

zapach suszonych ośmiornic


nie rozumiem żadnej

innej kultury, która

nie marznie nie czci

zmarłych nie kocha ich

grobów



***

okazjonalnie wojenka, wosk 

(topiące się palce),

obłożenie – czuły upgrade

wyświetla się naraz

to wszystko zależy


na jakie lubisz stawiać 

formy wypowiedzi 

i jak je lubisz wypowiadać


– najbardziej, jak je lubisz

wypowiadać

– to, ile jemy

w końcu, dużo

czy mało, i na ile różnorodnie?


Szymon Bira – ur. 1987 r. Autor książek poetyckich: światło umieranie (2008), Podręcznik królowej (2011) oraz 3,5 (2015). Pracuje we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. Publikowane utwory pochodzą z nowej książki pt. 1,1.

Marta Koronkiewicz – Strategia ciepłej pani [rec. Ż. Gorzka „Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy”] (01.2021)

Strategia ciepłej pani

Żaneta Gorzka, Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy, Wydawnictwo j, Wrocław 2020, s.48

Debiut poetycki Żanety Gorzkiej – tom Łokieć jelenia – przyszedł jakby znikąd, niczym nie zapowiedziany, bez wcześniejszego wydeptywania sobie miejsca (przez konkursy, publikacje w czasopismach, wszystkie te stałe elementy). Książkę wydano w ramach selfpublishingu, autorka nie była nikomu znana, dodatkowo chowała się za pseudonimem, zamiast zdjęcia znaleźć można było jedynie nieporadny „rysunek profilowy”, w roli biogramu pojawiała się tylko jedna fraza: ta ciepła pani. Strategia pisania zza takiego parawanu oczywiście zwróciła uwagę w środowisku, ale byłoby to bez znaczenia, gdyby nie fakt, że te wiersze znikąd czytało się zaskakująco dobrze, z poczuciem trafienia na coś dziwnego, innego, niepodobnego do popularnych dykcji. Nawet jeśli nie wszystkie trafiały równie celnie, było w tej książce coś bezczelnego i autentycznie zabawnego zabawnością specyficzną i nie bardzo częstą w poezji. I jeśli Gorzka deklaruje, że „Łokieć” jest książką, zdaniem autorki, zaczepną, to ma rację. Zaczepne niewątpliwie jest także wydanie tuż po takim debiucie, zauważonym, ale nie bardzo opisanym (nie licząc oczywiście recenzji wiecznie wyglądającego nowości Rafała Gawina z łam „Stonera polskiego”), drugiej książki – w tym samym roku! Tom nosi tytuł Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy, tym razem wydało go prawdziwe wydawnictwo – Wydawnictwo j pod wodzą Jacka Bieruta – i towarzyszą mu blurby, m.in. Dominika Bielickiego i Piotra Janickiego. Co dowodzi, że coś z tą Gorzką będzie na rzeczy.

Lekko zdenerwowany awatar… składa się z elementów różnokształtnych, zgodnie z założeniem autorki, która deklarowała w wywiadzie: „Zabieg (nazwijmy go zamysłem) był jeden: napisać rzecz odległą od Łokcia. Udowodnić sobie samej, że umiem i prózkę poetycką trzepnąć, i kawałek sztuki poetyckiej wyprodukować, i umiem na poważnie, jak trzeba, i dam sobie radę z dłuższą formą poetycką (patrz: poemat). Rzeczywiście mamy tu i miniatury, i wyimki dialogowe, i prozy, i zamykający książkę wielostronicowy utwór Kosmos cię chce: poemat. Całość jednak jawi się jako rzecz spójna i przemyślana dzięki dwóm podstawowym chwytom. Pierwszym jest operowanie proporcjami – Gorzka zestawia krótkie wiersze czy wręcz jednolinijkowce z długimi ponad konwencję tytułami, przeplata formy mniejsze i większe, rozwijając w tych drugich wątki zasygnalizowane w pierwszych; nie stosuje się do pewnych standardów objętościowych (już w samym tytule książki). Zabieg ten skutkuje swego rodzaju groteskowym zniekształceniem, które, zgodnie z działaniem groteski, ma oczywiście efekt humorystyczny. A humor to drugi spajający tę książkę środek. Jest to humor bardzo specyficzny, obecny także w debiucie, stanowiący ewidentnie sygnaturę autorki, która przy jego pomocy tworzy także swoją personę w wypowiedziach pozaliterackich. Na ową specyfikę składa się kilka różnych elementów. Pierwszym byłoby upodobanie do anachronicznej i dość kampowej figury bohaterki kobiecej: młodej, dziarskiej, roztrzepanej, wygadanej, lekko pyskatej, pannicy jakiejś wiecznie w biegu i lekkim pomyleniu. Przekłada się ono na dobór słownictwa, odczuwanego dzisiaj często jako nieaktualne, niemodne, niby obecne w obiegu, ale jakoś może trochę obciachowe (por. „Leżę ci ja sama/ na wznak za oknem ciemnawo/ jakoś w pokoju nie lepiej jakoś/ i myślę o tej spryciuli nocce co/ to swym niebosiężnym jęzorem zlizała przed chwilą resztki/ z dnia” – Śliczniutki nokturnik;(Świt przysoliwszy nocce z bańki zasiadł okrakiem/ na horyzoncie jak jakiś faraon (Ptah XXII))” – Notatka z frontu poetyckiego). Podstawowym jednak wyznacznikiem owego humoru jest jego absurdalność, bazowanie na dziwności, odrealnieniu, a czasem po prostu jakaś nieśmieszność doprowadzona do poziomu, w którym zaczyna śmieszyć (por. Mój pan woła na mnie/ Bertolt Brecht.// (Pamiętam radę dziadka: nerwy szkodzą/ na futro).// Dlatego się nie denerwuję/ na mojego pana i merdam do niego/ często.// (Pamiętam radę babci: chihuahua nie mają/ futra.), Jestem psem).  Jeśli by chcieć osadzić jakoś tę kombinację w aktualnym polu poetyckim, należałoby polecić czytelnikowi wyobrazić sobie tempo i rytm zdań Justyny Bargielskiej połączone z liryzmem przaśności Dominika Bielickiego i odlotami Piotra Przybyły. Nawet jeśli nie w każdym wierszu Gorzka osiąga równie udany efekt, to sam kierunek, samo narastające w trakcie lektury wrażenie wydają się prawdziwie obiecujące. 

Najważniejsze pytanie, jakie wobec owej obietnicy należy zadać, brzmi: co jest tu stawką? W Lekko zdenerwowanym awatarze… widać pewną niecierpliwość, żeby wybrzmieć, zadziałać, podejść czytelnika efektywnie i efektownie, zwrócić na siebie uwagę, i to wszystko się mniej więcej udaje (więcej niż mniej). W ponowionych lekturach to, co wydawało się ryzykowne, nadal się nie do końca oswaja, żarty się nie spłaszczają pozbawione efektu zaskoczenia. Dużo tu miejsc tajemniczych, przebiegów ewidentnie znaczących i odsyłających do konkretnych sytuacji czy zdarzeń, ale równocześnie hermetycznych, oczekujących ostrożnych, uważnych, pracowitych lektur.  Z tego powodu nie zawsze jasne są tu cele. To nie zarzut – to raczej ciekawość, o co Żaneta Gorzka w kolejnych projektach będzie chciała grać.

Łukasz Żurek – Romans z tekstem (01.2021)

Romans z tekstem

Uwaga, pisałem to dnia 17.09.2011 około 4 rano. Otóż zrobiłem sobie czytańsko w domku, krytycznoliteracki czwartek motzno. Wszystko działo się 16 września 2011 r. Pewnie przeczyta to kilka osób nim to usuną, ale cóż, przynajmniej będziecie wiedzieć, wklejajcie to gdzie się tylko da! Ale wracam do czytańska. Miałem z 20 książek poetyckich, prawie wszystkie najgorętsze nowości wydawnicze here. Kawa się lała litrami, masa kawy poszła. Około godziny 22 miałem tak dobrze, że zacząłem pisać recenzję z jakiejś książki. Nawet niezła, fajna okładka mała czcionka. Książka jest lekko surrealistyczna, wchodzimy w tryb zaangażowanego czytania. I jest coraz lepiej, moje zdolności interpretacyjne skupiają się na jej okładce, ona się znaczeniowo wykrzywia. Chciałem wpisać w nią swój idiom, przyjemność tekstu motzno wtedy była. Dotknąłem jej punktu poróżnienia, ona otworzyła przede mną mnogość metafor od razu. No i zmierzam do stworzenia odkrywczego zwrotu, akurat się zwolniło miejsce. Przeglądamy się w sobie nawzajem jak dwa teksty, ja się hermeneutycznie rozbieram ona niezmienna jak intencja autorska. Ja się pytam sam siebie czemu nic nie robi ze mną jako z afektywnie pobudzonym ciałem czytającym. Autorka na ostatniej stronie mówi mi, że musi mi coś powiedzieć. No to ja ok szybko chcę przeczytać i chcę plenić znaczące. Ona mówi do mnie że ESTETYKA RELACYJNA NIE ISTNIEJE.. Ja sobie kurwa myśle co ona kurwa bredzi, ile wypiła czy co. Ja przed debiutem krytycznoliterackim oczywiście, miała być moją pierwszą książką. To ona mówi że estetyka relacyjna to tylko legenda, że ona nie istnieje i że każdy kto mówi że dzieło sztuki stworzyło z nim relacyjną całość to słyszał tę historię i powtarza ją każdemu. Ja zaśmiałem się głos i macam tylną okładkę. Ona mi wykrzyknikiem strzeliła i mówi bym słuchał. Mówi mi że jak napiszę o tej ostatniej stronie w recenzji, to po prostu zniknę. Estetyki relacyjnej nie ma, ale mam napisać w recenzji że książka oddziaływała na mnie afektywnie a ja na nią i że było to niezłe. Brzmiało to bardzo serio, dziś wysłałem do autorki maila czy to prawda a ona odpisała mi że tak. I o co w tym kurwa chodziło? Ktoś może to potwierdzić? Jakoś subiektywnie by nikt się nie dowiedział albo coś takiego, bo jak to prawda nie chcę znikać.

Od autora

O co chodzi? Otóż przerobiłem jedną z popularnych past (tekst przypominający opowiadanie, kopiowany i rozpowszechniany przez internautów), zwyczajowo nazywaną Seks nie istnieje, i przerobiłem jej treść w taki sposób, aby opowiadała o krytycznoliterackiej klęsce. Jednocześnie starałem się pozostawić bez zmian zasadniczy szkielet fikcyjnej historii (nie usuwałem również gatunkowej sygnatury, czyli literówek i błędów interpunkcyjnych).

Dlaczego to zrobiłem? Po pierwsze – żeby sprawdzić, na ile reguły (?) tego internetowego gatunku literackiego mogą sprawdzić się jako forma wypowiedzi metakrytycznej. Hobbystycznie interesuję się tym tematem już od jakiegoś czasu. Poruszył go niedawno na łamach „Stonera Polskiego” Jakub Skurtys, publikując tzw. „pas(sa)tę krytyczną”, która jednak – moim zdaniem – nie jest najlepsza. Zainspirowany pomysłem Skurtysa i jednocześnie chcąc napisać taką krytycznoliteracką pastę, z której sam byłbym zadowolony, stworzyłem Romans z tekstem.


Łukasz Żurek – ur. 1991. Filolog, krytyk literacki. Mieszka w Warszawie.

Kamil Bujny – Precyzyjne mechanizmy [rec. J. Bociąg „Boję się o ostatnią kobietę”] (11.2020)

Debiutancki tom Joanny Bociąg Boję się o ostatnią kobietę czytałem nie tyle jako zbiór niezależnych od siebie wierszy, ile przestrzeń sensów i relacji, jakie poszczególne utwory mogą między sobą nawiązywać. Lektura recenzowanej książki poetyckiej przebiega w wiele różnych stron naraz, domagając się od czytelnika dużej uważności, skoncentrowania nie tylko na odnajdywaniu przekazów, ale również na szukaniu powiązań między wierszami. Autorce zależy bowiem nie tyle na znaczeniach płynących z pojedynczych utworów, ile na poetyckiej narracyjności, możliwości szerszego – rozpisanego na cały tom – opowiadania. 

Gdyby chcieć jednoznacznie, możliwie najkrócej, stwierdzić, co jest dla poetki wiodącą emocją, głównym tematem, można by powiedzieć – nieco uogólniając – że strach. Owszem, jest on wyrażony już w samym tytule, jednak jego istota nie jest wcale taka oczywista w trakcie lektury. Podmiotka Bociąg nie mówi bowiem wprost o doświadczeniach i o opresjach (jakże kluczowych dla całej książki!), nie próbuje również ich definiować czy objaśniać poprzez opis, a stara się za to ukazywać mechanizmy, które o nich stanowią. Właśnie – mechanizmy. To słowo-klucz dla pisania o tym tomie. Choć Bociąg stawia na redukcję, oszczędność formalną i ilościową, to jej utwory wydają się rozbuchane, nieskończone i niezamknięte – każdy wiersz jest jednocześnie sam-w-sobie (jako odrębny, własny, zdający relację z określonego stanu czy przeżycia) i uzależniony od innych (jako ujawniający sensy dopiero w zestawieniu, porównaniu). Poetkę fascynuje bowiem wyciąganie znaczeń poza obszar jednego wiersza i wskazywanie jego obecności w innym, a także tworzenie wielopoziomowych relacji między tekstami – zarówno poprzez logiczną wynikowość (rozwijanie w następujących po sobie utworach tej samej historii – jak w dwóch ogniach, dniach, bożym ciele I, bożym ciele II, zabiegu trzecim, twojej krwi i Monice I, opowiadających o serii wypadków w rodzinie), jak i językową zbieżność.

Mówiąc o recenzowanym tomie, łatwo wpaść w pułapkę zamykania go w określeniu „konceptualny”. Wprawdzie nie ma nic złego w próbie takiego definiowania debiutu Bociąg, jednak wydaje się, że charakterystyczna dla jego istoty jest nie tyle spójność czy przemyślana struktura, ile implicytność i zmuszanie czytelnika do poruszania się w poszukiwaniu sensów po wyznaczonych przez autorkę torach. Dobrym przykładem tego zaplanowanego działania jest wykorzystanie motywu ryby, który, pojawiwszy się w kilku utworach, zaczyna być w pewnym momencie wyzwalany w świadomości odbiorcy wyłącznie za sprawą językowych sugestii. W związku z tym, że pojawia się wierszach Marta II w perspektywie fenomenologicznej redukcji (w jej ustach / ryba była rybą / nie mięsem) i w cykorii podróżniku jako przykład działania mechanizmu represji (zielsko to nie roślina / ryba to nie zwierzę), to jego obecność w gdybym używała takich słów wydaje się oczywista za sprawą niedopełnionego schematu frazeologicznego (więc co ja tam mogę / powiedzieć / przecież ja nawet nie mam głosu). Jak wiadomo, to ryby i dzieci głosu nie mają, jednak wiersz, wychodząc naprzeciw automatyzacji, wyzwala de facto to, przeciwko czemu się buntuje: modyfikując obecny w uzusie związek frazeologiczny, zwraca uwagę nie na to, co przekształcone i nowe, a na to, co pominięte.

Podobnych strategii w recenzowanym tomie jest więcej, jednak ważniejsza od ich obecności (czy też możliwości dostrzeżenia) jest przestrzeń, którą dzięki swojej skuteczności tworzą. Autorka nie myśli bowiem o pojedynczym wierszu, nie każe ich oddzielnie interpretować (jako niezależne całostki), tylko skupia się na organizowaniu obszaru znaczeń i obrazów, po którym należy się poruszać. Wprawdzie Bociąg sugeruje odbiorcy konkretne tropy lekturowe (choćby za sprawą tytułów czy powtarzania tych samych słów w następujących po sobie utworach), wskazuje na możliwą do przyjęcia perspektywę poznawczą, jednak jej zamiarem jest nie tyle współpraca z czytającym, ile – wręcz przeciwnie! – usypianie jego czujności, tworzenie pozorów porozumienia. Lektura książki Boję się o ostatnią kobietę przebiega bowiem w dość specyficznej sytuacji, w której odbiorca skupia się nie na treści czy kreowanych obrazach, a na konstruowaniu powiązań między wierszami. W chwili, gdy zdajemy sobie sprawę, że (nie)świadomie łączymy ze sobą poszczególne utwory, że dostrzegamy wynikające z powstających relacji sensy, zaczynamy dowartościowywać samych siebie jako wnikliwych czytelników, pozostając przy tym zupełnie bezkrytycznym wobec politycznego potencjału poezji Bociąg. Autorka z kolei, wykorzystując fakt, że odbiorca skupiony jest na konstruowaniu siatki zależności i zestawianiu poszczególnych wierszy, niejako implikuje czytającemu własne punkty widzenia i wartości. Ten zaś, będąc cały czas skoncentrowanym na tworzeniu mapy relacji, nieświadomie pozostaje na nie otwarty, przyswaja je bez zastanowienia. A jest co, bo poetka, o ewidentnie lewicowej wrażliwości angażuje się w dyskusje o prawach zwierząt (m.in. w ustawie o ochronie praw zwierząt, utworze, który – podobnie jak konstytucja ze Statystyk Kiry Pietrek – przekształca fragment aktu prawnego w wiersz), feminizmie (bezbronne) i ekologii (pod moim domem ścieli pierwsze chabry, drzewa). Najwięcej uwagi poświęca jednak opresjom, których jej podmiotka ciągle doświadcza – czy to ze względu na płeć (szeroko rozpisany problem), czy pełnioną funkcję społeczną (m.in. córki i partnerki). 

Choć debiut Bociąg czyta się przede wszystkim jako całość, to pojedyncze wiersze zachwycają precyzyjnością frazy i przemyślaną konstrukcją. Autorka z dużą lekkością i świadomością posługuje się słowem (warto w tym miejscu odnotować jej filologiczne wykształcenie), wykorzystując podobieństwa brzmieniowe i znaczeniowe wyrazów – tak jak w bożym ciele I: 25 maja jego matka ma wypadek / / jedzie na rowerze / prosto pod samochód / / tego roku dzień matki wypada / w Boże Ciało. Utwór skomponowany jest nie tylko wokół rzeczownika „wypadek” i czasownika „wypadać”, ale również innego, nieobecnego w tekście, lecz wyraźnie zasugerowanego, czasownika – „wpadać” (pod samochód). Uruchamia się w tym wierszu ten sam mechanizm, co przy zmodyfikowanym związku frazeologicznym – przywołanie określonego słowa wynika z faktu jego pominięcia; będąc nieobecnym, niejako zaznacza swoją obecność, domagając się dopowiedzenia, wprowadzenia w obszar znaczeń. Równie skutecznie Bociąg korzysta z paradoksu i przewrotności, której najlepszym przykładem jest poetka: przylatuje samolotem z drugiego końca Polski / na spotkaniu mówi / kochajmy ziemię. W tych trzech wersach ujawnia się nie tylko zdolność autorki do konstruowania zaskakujących i ciekawych obrazów (opozycja powietrze – ziemia, góra – dół, pozorność – prawda, zewnętrze – wnętrze) oraz wykonywania politycznych gestów (demaskacja fałszywego zaangażowania), ale również przeprowadzania obu tych rzeczy przy absolutnej przejrzystości i oszczędności słowa. 

Wiersze Bociąg opowiadają się przeciwko wielosłowiu zarówno ze względów formalnych, jak i – tak to nazwijmy – psychologicznych. Wyrażony w tytule tomu strach związany jest bowiem z lękiem nie tylko o siebie, bliskich, rozpad relacji czy postępującą dewastację natury i klimatu, ale również o pamięć. Wiele utworów portretuje konkretne sytuacje i osoby, uwzględniając czas, jaki ich dotyczy – tak jak wtedy, gdy w zabiegu trzecim czytamy, że dzień po drugiej operacji / starsza córka / łamie sobie nos czy w kiwi, gdzie podmiotka wyznaje że zjadłam / kiwi / które było / na parapecie // ciepłe dojrzałe i miękkie // miesiąc później / pomyślałam / o wierszu / Williamsa. Z tej perspektywy redukowanie treści i sensów wydaje się nie tylko zrozumiałe, ale również konieczne – by pamiętać o przeszłości, należy sprowadzić ją do pojedynczych zdarzeń, odrzucając wszystko, co niekonkretne i naddane. Tylko w ten sposób, dokonując selekcji, sprowadzając rzeczy do ich istoty, można je uchronić przed zapomnieniem. Należy bowiem wybrać tylko najważniejsze, żeby zatrzymać poruszenie.

Joanna Bociąg, Boję się o ostatnią kobietę. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Odział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2020, s. 58.


Kamil Bujny – ur. 1996, absolwent kultury i praktyki tekstu: twórczego pisania i edytorstwa, student filologii polskiej oraz publikowania cyfrowego i sieciowego na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z portalem Teatr dla wszystkich.