Aleksandra Wojtaszek – POEZJA I ZAANGAŻOWANIE (03.2022)

Pięć poetek z czterech różnych krajów. Łączą je podobne doświadczenia pokoleniowe – urodziły się niedługo przed, w trakcie lub tuż po zakończeniu wojny w byłej Jugosławii. Nie są już debiutantkami, ich głos jest w ojczyznach wyraźnie słyszalny, ale wciąż należą do najmłodszego pokolenia twórczyń.

Czytelnika niekoniecznie zaznajomionego z bałkańską specyfiką wybór ten może wprowadzić w pewną konfuzję. Dlaczego akurat poetki z Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Serbii i Czarnogóry? Jeśli miała to być panorama poezji post-jugosłowiańskiej to gdzie jest Słowenia i Macedonia? Sytuację trafnie oddaje popularny wśród lingwistów mem. Kobieta pyta: czy oni mówią w tym samym języku? Nie – odpowiada współtowarzysz – ona mówi po chorwacku, a on po serbsku. To dlaczego rozumieją się bez problemu? – Bo to jeden język.

Serbsko-chorwacki przetrwał mniej więcej tak długo, jak długo trwało „braterstwo i jedność” w socjalistycznej Jugosławii. Kiedy federacja rozpadała się wśród huku bombardowań i ostrzałów, językoznawcy wymyślali neologizmy i przywoływali archaizmy, aby jak najbardziej oddalić chorwacki od serbskiego. Od tego czasu minęło trzydzieści lat, w międzyczasie zdążył ukonstytuować się język bośniacki, czarnogórski wciąż ma niepewny status ontologiczny. Lingwiści coraz mniej jednak przejmują się zdaniem nacjonalistycznie zorientowanych polityków, mówią więc o języku policentrycznym występującym w czterech wariantach. Konsolidują się także, na razie zazwyczaj dyskretnie i pozainstytucjonalnie, sceny kulturalne poszczególnych krajów. Coraz więcej nagród literackich obejmuje cały „obszar języków BCMS” (od nazw: Bosnian, Croatian, Montenegrian i Serbian).

Przedstawione tu poetki spaja nie tylko podobny wiek i zrozumiały kod językowy. Pomimo niewątpliwie różnych poetyk, ich twórczość nie tylko przekroczyła granice narodowe, ale dotarła także do szerszego grona odbiorców, niż ma to zazwyczaj miejsce w przypadku poezji. Znacząco pomogły w tym nowe media i internet. Wiersze Radimili Petrović wielokrotnie stawały się viralem. Sonja Adamov to alter ego poetki Tihany Gambiražy, persona medialna istniejąca jedynie na Facebooku, „najbardziej znana nieznana artystka na Bałkanach”, jak ochrzcił ją chorwacki dziennik.

Sonja Adamov nazywa po imieniu patologie bałkańskiej codzienności, o szowinizmie, patriarchacie i przemocy mówi wprost, czasem wulgarnie, zawsze bez ogródek. Jest wściekła, nieco depresyjna, pije, pali i przeklina. Jak mówi jej twórczyni, publikująca też czasem pod swoim imieniem, Sonja przed nikim nie klęka, zwłaszcza przed mężczyzną-poetą i mężczyzną-autorem. Nic dziwnego, że pewien mężczyzna-krytyk określił jej wiersze „szarlatańską skrobaniną” i „pseudoaktywistycznymi wierszykami”.

Walka ze specyficzną bałkańską odmianą patriarchatu i brak równouprawnienia w społeczeństwie to ulubione tematy wszystkich prezentowanych tu poetek. Rozrachunek zaczyna się od skali mikro: dziewczyny głośno oskarżają nie tylko ojców, ale także matki i babki, które przez wieki godziły sie na upokarzające traktowanie ze strony mężczyzn, tych homo balkanicus, jak nazwała ich Dubravka Ugrešić. Moja mama wie, co się dzieje w miastach, nosi tytuł zbioru wierszy Radmili Petrović. Wie, ale milczy, bo kobiece milczenie jest w południo-wschodniej Europie nie tylko złote, ale też niezbędne, aby męska władza mogła się reprodukować.

Drugim kluczowym tematem podejmowanym przez poetki jest dorastanie na prowincji. Najpierw jestem wieśniaczką, dopiero potem poetką i cieszę się z tego powodu– deklaruje Monika Herceg. Opisy dorastania na wsi dalekie są jednak od idylli – pisarki odromantyczniają duszne i głęboko patriarchalne wiejskie środowisko, odmawiają przestrzegania zasad, do których podporządkowywały się pokolenia ich przodków, a przede wszystkim przodkiń. To poezja przeważnie komunikatywna, do bólu szczera, portretująca ważne problemy współczesności, ale też pełna samoświadomości, zadziorności i ironii.

Czarnogórka z Kotoru Barbara Delać, w przeciwieństwie od pozostałych poetek, stroni raczej od liryki wyznania. Interesują ją wspólne dla nas wszystkich elementy składowe życia w późnej nowoczesności. Zbiór Tomorrowland opisuje współczesność na krawędzi przepaści, świat, w którym apokalipsa wydarza się na naszych oczach w rytmie muzyki dance i techno. Drugi zbiór wierszy poetki pod tytułem Opowiedz mi, gdzie jesteśmy porusza między innymi problemy tożsamości, migracji, kultury pamięci czy granic wolności słowa. Utwory przepełnione są zaanonsowaną w tytule niepewnością, gdzie właściwie się znajdujemy i w którą stronę powinniśmy zmierzać, a adresatem tych pytań podmiot liryczny czyni przede wszystkim samą poezję. Wiara w wyzwalającą moc poezji i konieczność przywracania światu znaczeń poprzez sztukę jest wspólna dla wszystkich prezentowanych tu twórczyń, które łączy także świadomość, że może się ono urzeczywistnić jedynie pod warunkiem dokonania performatywnego gestu porzucenia literackiej wieży z kości słoniowej

Chorwacka poetka Monika Herceg, choć niedawno przekroczyła trzydziestkę, jest w Chorwacji uważna za dojrzały głos i jedną z najlepszych współczesnych poetek. Z wykształcenia fizyczka, ma w swoim życiorysie doświadczenie wojennego uchodźstwa, pracuje też jako redaktorka, dramatopisarka i aktywistka. Swoje trzy poetyckie tomy skoncentrowała wokół trzech ważnych dla niej kręgów tematycznych: dorastania na wsi, kobiecych losów oraz różnych obliczy miłości. Wszystkie jej zbiory charakteryzuje misterna struktura, homogeniczność symboliczna i metaforyczna oraz subtelna intertekstualność (wśród inspiracji na pierwszy plan wysuwa się zarówno twórczość Wisławy Szymborskiej, Sylwii Plath, jak i słynnej chorwackiej poetki Vesny Parun). Poetycki obraz jest tu konsekwentnie rozwijany przez cały wiersz, aby zakończyć się wyrazistą pointą.

Radimili Petrović, „lasce z jajami”, niezwykłą popularność w Serbii przyniosła szczerość i wyrazistość jej poezji skupionej wokół problemów dziewczyńskości i miłości możliwych tylko wewnątrz ustalonych już społecznych hierarchii. Ta prowokacyjna i zaangażowana poezja bynajmniej nie jest pozbawiona subtelnej liryczności i dopracowanej metaforyki (choćby roślinnej, jak w przedstawionym tu wierszu), ale jej głównym celem jest dekonstrukcja i rekonstrukcja własnej i cudzych pozycji: płciowych, klasowych i narodowych, nabytych i przyrodzonych. W jednym ze swoich najgłośniejszych wersów Petrović deklaruje buńczucznie: Jestem Serbką, ale w moim sercu nie ma Kosowa, jesteś ty.

Bośniaczka Vladana Perlić w wierszu Poetka, na którą od zawsze czekaliście pisze: Jestem społecznie nieodpowiedzialna / moje wiersze są niemoralne / wcale mi nie zależy / na byciu poważną poetką. To oczywiście prowokacja, podobnie jak tytuł całego zbioru Jezus między piersiami, bo Perlić od dawna jest poważną poetką, czy tego chce czy nie. Symptomatyczny wers „nie będą mnie czytać na akademiach szkolnych” to niekoniecznie jednak wyraz fałszywej skromności, raczej bunt wobec patriarchalnych i konwencjonalnych kanonów literackich. Autorka chętnie posługuje się pozornie uproszczonym językiem, a także naiwnym, dziecięcym podmiotem lirycznym, w ustach którego jej subtelna ironia przenikająca się z łamaniem  społecznego tabu nabierają wyrazistszego wydźwięku.

Trudno tych kilka wierszy potraktować jako reprezentacyjny wyimek twórczości młodych bałkańskich poetek, nie mówiąc o jakiejkolwiek panoramie. Nie mogę czytelnika odesłać do innych utworów – choć w ojczyznach od dawna kolekcjonują prestiżowe wyrazy uznania, żadna z nich jak dotąd nie zaistniała w polszczyźnie nawet pojedynczym utworem. Przekład bywa (bywa, nie jest!) bardziej konserwatywny, ostrożniejszy w adaptowaniu nowych głosów, szczególnie w przypadku małych języków, gdzie wiele zależy od dobrej woli tłumacza, pracującego także jako PR-owiec i ambasador „swojej” literatury.

Dawno już ambasadorowanie nie sprawiło mi takiej przyjemności jak w przypadku Moniki, Radmili, Tihany, Vladany i Barbary, moich rówieśniczek. Kiedy o tym myślę, przypominają mi się słowa wiersza nieżyjącej już bośniackiej poetki, a także tłumaczki polskiej poezji na języki BCMS Mariny Trumić zaadresowane do jej przyjaciółki, również poetki Feridy Duraković: Gdy nocą czytam twoje wiersze, wzbiera we mnie pragnienie / rozrasta się na jawie, a niekiedy nawet we śnie, / i pragnę, nie da się tego ukryć, / słuchać tylko ciszy i słów twego wiersza, (…) pragnę i sądzę, że już najwyższy czas, bym w końcu weszła do twojego wiersza (…) I dlatego, kobieto, posłuchaj, co ci mówię: / Wpuść mnie do swojego wiersza! (tłum. Magda Koch).


Aleksandra Wojtaszek (1991) – bałkanistka, tłumaczka i dziennikarka. Doktorka literaturoznawstwa i wykładowczyni specjalizująca się w post-jugosłowiańskiej fantastyce. Publikuje między innymi w „Tygodniku Powszechnym” i „Herito”. Laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Pochodzi z Frydmana na Spiszu, mieszka w Krakowie

Vladana Perlić – Wiersze (03.2022)

Nieistniejące dziewczynki
Mariji Čudini

Była sobie kiedyś wieża
A w wieży biblioteka
(Ich tajemne miejsce)
Pośrodku biblioteki kobieta i dziewczynka
Dziewczynka do kobiety:
To nie była miłość jakiej chciałam
To nie była miłość jakiej chciałaś
Ale to jednak była miłość
Kobieta odwraca się do publiczności i mówi:
Moja dziewczynka się popsuła
Czy mogłabym dostać inną dziewczynkę
Taką, której można wytłumaczyć życie
Natychmiast przyjeżdżają pracownicy z
Działu do spraw dziewczynek
Wymieniają dziewczynkę na nową
Przepraszamy za niegodności, droga pani
Mamy nadzieję, że nie będzie się psuła jak poprzednia
Kobieta dziękuje pracownikom, zostawia napiwek
Jest zachwycona swoją nową dziewczynką
Posłuszną jak baranek, nie sprzeciwia się
Nawet gdy użyć trybu rozkazującego
A co najważniejsze nowa dziewczynka
Odwrotnie niż poprzednia
W niczym jej nie przypomina

Dobrze było dobrej kobiecie w dobrej wieży
Poza dniami kiedy niepokoiły ją wstrząsy
To nie trzęsienie ziemi, to tylko zepsuta dziewczynka
Uderza głową o bramę wieży



Vladana Perlić (1995) – absolwentka filologii francuskiej i komparatystyki. Jest laureatką licznych konkursów poetyckich i zdobywczynią wielu nagród oraz autorką dwóch tomów wierszy Kucanje na vrata kule (2020) oraz Isus među grudima (2020). Pochodzi z Banja Luki, a 2022 rok spędzi na rezydencji literackiej w Wiedniu.

Radmila Petrović – Wiersze (03.2022)

Niech tylko w ciszy rozbierze ze mną traktor ojca

ja jestem laska z jajami
mam scyzoryk w kieszeni
i druty w staniku

oddawałam serce w zastaw
chciałam z nimi budować dom
a teraz nawet nie wiem
czy któryś z nich mnie kochał

ale niech przeszłość zostanie, gdzie jej miejsce
ja, tato, pierwsza przedzieram się przez śnieg
i kwitnę jak cyklamen

wybrzydzałam przy jedzeniu, za późno wstawałam
żadnego pożytku z takich, mówiłeś

a wiesz jaką będę żoną, tato
silną jak hasła w gmailu
nie będę się malować, tylko zdrowa żywność
na moim czole będzie napis organic

będę chodzić swoimi nocnymi drogami
stanę się dziewczyną-szalejem
nigdy byś się z taką nie ożenił

przeżyję uderzenia piorunów
w stacje zasilania. kiedy głos w radio mówi
proszę nie wychodzić bez potrzeby
a emeryci łamią sobie biodra na chodniku

jestem sama, tato, bo jestem dziewczyną-wilczą jagodą
babką lancetowatą
czasem do rany przyłóż
ale potrafię też zatruć życie

jestem świeżym kwiatem, tato, i niezłym ziółkiem
które nie może się doczekać kiedy zaparzysz herbatę

tylko nigdy nie czułam się
waszą jabłonią domową

ale wybaczyłam

traktor wyruszał o świcie a wracał
o zmroku

na to nie pora
zaharowywali się dla mnie rodzice



Las, pług, gorczyca

mam przy sobie dusze wszystkich przodkiń które zginęły z męskiej ręki
uczepiły się mnie kiedy wyjeżdżałam do Belgradu i nie chcą wrócić do domu
mówią mi: porżnij ich na kawałki! posiekaj na mielone!
spojrzeniem czy nożem kuchennym? może scyzorykiem?
tak, tego, właśnie tego, tamtego, tamtego nie! rozkazują
że też musiałam urodzić się akurat kobietą, mówi Radovanka, na wsi baba to gorzej niż pies
twój pradziadek był jak źródło, mówi Dobrosava, zimny i szybki, sypialiśmy w kadzi na samogon, kiedy mnie przywiódł sprał mnie jak naszego kota
a wszystko przez rakiję
iskro, nie bądź nigdy niczyja
wypad z moich wierszy! pragnęłyście tylko synów którzy potem spuszczali wam wpierdol
niczego was, babki, nie nauczyło cierpienie, wszystko na darmo



Radmila Petrović (1996) – dzięki zwycięstwu w konkursie na najlepszy nieopublikowany tomik poetycki jako szesnastolatka wydała debiutancki zbiór Miris zemlje (2014), następnie także tomy Celulozni rokenrol (2015) i Moja mama zna šta se dešava u gradovima (2020). Dorastała w wiosce Stupčevici, obecnie mieszka w Belgradzie, gdzie ukończyła studia z ekonomii.

Monika Herceg – Wiersze (03.2022)

Hipotezy o objętości początku

Rodzice wiedzieli, że miłość jest dla lepszych
nie takich, co żyją z ziemi
Miłość nie występuje
pod szpadlami i siekierami
bo błoto zaraża wszystko, czego dotknie

Rodzice wiedzieli, że miłość się nie zmieści
w dwóch klitkach z kurami i gęsiami
gdzie mieszkali nie myśląc
o trosce i czułości, a ich dzieci
przytulały w głuchej samotności ściany

Niczego nie wiedzieli o miłości moi rodzice
i to nic zostawili nam
żeby patrzyło na nas jak kret
zanim zatłuczemy go na podwórzu motyką



Wstyd

Boga znałam lepiej niż reszta rodziny
Byłam najstarsza, dlatego
w dniu kąpieli ostatnia wchodziłam do balii
i w mętnej wodzie
mocno tarłam skórę

Woda otulała ciało świeżym mrokiem
Tam, gdzie byłam najbardziej miękka
trzeba było naciskać długo
inaczej wypadłabym przez swoje dno
Tarłam aż nie utonęłam w gwiazdach

A on – bóg – wyślizgiwał się ze
śmierdzącej moczem pościeli
goły i brodaty
oczekiwał, że powstrzymam rdzewienie
ciała pod ciałem

Łatwo było szukać boga w wodzie albo w butach
Woda to pięciolitrowe bajorko w każdy wtorek
a skórzane buty dla uchodźców przyszły pocztą z Włoch
W ich rozdeptanej wygodnej czerni
on człapał ze mną
i napierał aż ból
rozrywał odciski

Nikt mi nie wierzył, że bóg
nie jest ani dobry ani zły
on tylko sprawiał, że moja sierść ciemniała
i kiedy nadchodził czas
otwierał drzwi, a ja
tonęłam we wstydzie



Monika Herceg (1990) – poetka, scenarzystka, redaktorka i aktywistka. Laureatka najbardziej prestiżowych chorwackich i regionalnych nagród poetyckich. Autorka tomów poetyckich Početne koordinate (2018), Lovostaj (2019) i Vrijeme prije jezika (2020), a także dramatów Gdje se kupuju nježnosti (2020) i Ubij se, tata (2020). Z wykształcenia fizyczka, dzieciństwo spędziła w wiosce Pecki, obecnie mieszka i pracuje w Zagrzebiu.

Barbara Delać – Wiersze (03.2022)

Tomorrowland

great people of tomorrowland
bez wojny bez nacji, clubbersi globalizacji
pozytywni ekstrem–
iści oszalałych hormonów
z rentą ojca
el cztery z racji dorastania
eliksir młodości noc hipotetyczne założenia
obiecana ziemia
lsd oraz thc w barwie tęczy
porno disneyland do tego
fajerwerki, strzał w niebo
jeśli tylko to nie mit –
ekstaza a potem katharsis
eat sleep rave repeat
igłą adrenalina w nerw elektrowstrząs
i już skok byt ogień dym
amnezja flesz płonie hieronimus bosch
wilgotne afrodyty polewają driny
o smaku sterylnych pigw
eat sleep rave repeat
wybuchowa maszyneria produkuje doznania
międzynarodowy spektakl podglądania
powrót dionizjów yea yea yeah
halucynacje w ch
stymulacja do
afrodyzjak i on
euforia i pot
eat sleep rave repeat
reflektory korektory fotoszopy
nawciągany miki faust goofy trans dr sknerus
martin garrix diesel matrix podarte conversy
podziemne elitarne wersy
dreszcze kakofonii wstrząsają obłokiem
paliwo rakietowe przeciwstarzeniowe
dzień dens bez przerwy noc i dzień
barokowe plastikowe budowle
ksywa superstar
tylko kinky kliknij play
nastrój dostrojony do strofy
równoległe wymiary lśniących kosmosów
bez grawitacji koordynacji grama transcendencji
eat sleep rave repeat
freaking fucking
krzyk



Barbara Delač (1994) – jest autorką dwóch tomów poetyckich Tomorrowland (2018) i Gdje smo ovo, pričaj mi (2020). Podczas rezydencji artystycznej w Berlinie, wraz z chorwacką artystką Sarą Renar, przygotowała performance zatytułowany Where are we, tell me. Ukończyła studia z zakresu teorii sztuki. Pochodzi z Kotoru, gdzie na co dzień mieszka i pracuje.

Tihana Gambiraža – Wiersze (03.2022)

Wojenna piosenka

Nigdy nie pisałam o wojnie
góra wers, drzemiący w tkance jak komórka rakowa
bałam się, że jeśli zacznę, rozrośnie się, rozszerzy, zostanie tematem
a dla mnie wojna nigdy nie była tematem
chciałam się urodzić gdzieś daleko
gdzie co trzeci człowiek nie splamił rąk, nie stracił syna, córki, domu
szósty rok życia spędzić
w krzykliwym dmuchanym basenie
przed domem rodzinnym, majtając nogami,
największym lękiem napawałby mnie labrador sąsiada
a nie dziecinne obliczenia, czy drzwi schronu wytrzymają
i nie przebije się przez nie granat
może zakochałabym się w jakimś Hansie albo Michelu
a nie w Tomie, który grał ze mną w karty i był wyższy o głowę
i starszy co najmniej o jedną klasę
jedno jest wspólne dla mojego i jej świata
i Hans, i Michel, i Toma uważają nas za głupie smarkule
i oszukują w karty
a my bardzo wcześnie uczymy się że
najważniejsze jest łechtanie męskiego ego
nawet jeśli więksi i starsi
chłopcy są z natury głupsi
ale to wiersz o wojnie, a nie o moich pierwszych miłościach
kiedy piszesz o miłości, zawsze kończysz jako głupia gówniara
nawet jeśli masz trzydziestkę oraz poważną robotę w bluzce i garsonce
nikt nie traktuje cię poważnie
zwłaszcza chłopcy z celownikiem, którzy wczoraj zaczęli się golić
babcia przybija deski do okna, jest sprytniejsza od dziadka
potem jemy obiad, czekając na syrenę
gdybym urodziła się w Dakocie
może trenowałabym do maratonu
ale nigdy nie nauczyłabym się biegać tak szybko
jak wtedy, gdy bomba spadła tuż obok naszego mieszkania
a matka upuściła łyżkę do zupy
pobiegliśmy kolejny raz uniknąć śmierci
może dziadek zabierałby mnie na łowienie ryb w przerębli
zamiast wracać o lasce taki rozeźlony i cięty
nie twierdziłby że nie obchodzą go syreny
dopóki świst obok jego ucha nie spadł do morza
od wtedy siedział z nami
aż wyrzucili go ze schronu z powodu imienia
nikt nie wierzył że jest Chorwatem
uratowała go sprzątaczka ze szpitala
w ostatniej chwili powiedziała: „Wpuśćcie go, oszaleliście,
znam go całe życie, wszyscy jego są nasi”
i tak dziadek dwukrotnie uniknął pewnej śmierci
a niedługo potem skończyła się wojna



Sonja Adamov

Taki z ciebie lewak

Kiedy randkowaliśmy, było:
Szacun, mała, taka jesteś odważna.
Szalona, nie do wiary, oczy miałeś wielkie
z podziwu
i od alkoholu.
Zawsze chciałem mieć taką dziewczynę,
łamie tabu, burzy barykady,
łoi więcej niż ja.
Mała, będziemy robić rewolucje
zamiast dzieci.
Kiedy się hajtaliśmy, było:
zróbmy to w kościele, przez wzgląd na zmarłego ojca.
Przed wyjściem do mamy na obiad  jest:
ubierz tę długą spódnicę i wiesz,
nie mów na głos o naszych sprawach.
Jeszcze pomyślą, że jakaś z ciebie komunistka.
Czy naprawdę musisz iść na ten protest,
kochanie, ty już swoje udowodniłaś.
Chodź, obejrzymy film.
Marko zapytał mnie wczoraj: czy to twoja żona
nosi transparenty razem z tą hołotą?
Było mi trochę…
wstyd.



Tihana Gambiraža (1985) – poezję, prozę i teksty krytyczne publikowała w licznych drukowanych i internetowych czasopismach oraz antologiach. Wciąż czeka na możliwość wydania swoich wierszy w formie książkowej. Pochodzi z Zadaru, obecnie mieszka w Zagrzebiu. Sonja Adamov to jej literackie alter ego

Lula Sarnia – Wiersze (02.2022)

teneryfa last minute

złote rybki nie pływają w pobliskim stawie
ale na Teneryfie wszystko może się zdarzyć

wakacje last minute to jak zlizywać serek danio z wieczka
żeby dowiedzieć się że kółko i kreska przecinająca
obrazują meksykanina na rowerze

boję się tylko że po starcie złapie nas
głód porwie samolot gdy już nie ma odwrotu



to nic że cię miałam na celowniku

nowe motywy ciążą jak kamienie rzucane w witrynę
a ważka nie chce odlecieć choć ciągle mówię won

wonne retrospekcje wpadają do dziur tak małych że nie widać
co się tam kryje aż nie nastąpi sensoryczny atak

a tak poza tym dobrze mieć pod ręką broń małego kalibru
i strzelać byle nie w nic bo natrętnie będzie wracać

szeptać
to nic
to nic
to nic



bezdech

smog zapełnia miasto
już się nie mieszczę
uciekam rowerem
pod górę
jak zawsze



Lula Sarnia – zajmuje się projektowaniem graficznym i malarstwem. Pisze wiersze. Otrzymała nagrodę im. Jacka Bierezina, wcześniej była finalistką Połowu. Zazwyczaj podąża za linią. Inspiracje czerpie z dzikości natury oraz zdarzeń losowych.

Aleksander Trojanowski – Wiersze (02.2022)

rondo Reagana

trzymajcie w domach więcej
żywności i wody. Trzymajcie
w domach więcej żywności
i wody. Nadciąga

Nadciąga prawdziwa pożoga.

Wojna. A-                                        [trzymajcie w domach
pokalipsa.
                                                           mach  
Nawracajcie się.                                do-
                                                           wody]



w ciszy / buczeniu

Duchy nie rozmawiają z nami patrzą
jak wpierdalamy serek
homogenizowany, gapimy się
w otwarte, świetliste lodówki



Pobawmy się w wojnę

Jest to zabawa chłopaków.
Ja jestem mała, więc mam małą piłkę.
Kiedy ktoś powie: wojna, ściskasz piłkę
i chowasz (tam, gdzie schowam złoto
i nie będę wiedziała, bo musimy znaleźć).
A potem siadasz na piłce, wstajesz,
kopiesz piłkę przed siebie, dobiegasz.
Możesz powiedzieć wtedy: zamrażam
i wtedy mnie zamrozi, ale zamrozi też ciebie.

Potem już nie. Siadasz na piłce, jak ktoś powie:
wojna, podnosisz ręce i musisz powiedzieć:
miałam zimowy sen, obudził mnie kot
i zobaczyłam tęczę. I zabierasz mi piłkę,
ale jak wstaję i chodzę, nie jak siedzę na piłce,
bo nie możesz wyciągać.  

*

Uzbieraj sobie naród jak lipną sestynę,
która leci w głoski i sypie intencję.

Mówimy o tych głosach: wybuchowe, przednie –

na tyłach dyskontu znajdują prawie
dobre koło i toczą je przed sobą
szukając kogoś, kto zaplecie.

Nie zmieściłem: szprych.
Nie zmieściłem: opon.
Nie zmieściłem: pyłek.
Nie zmieściłem: woda.



uch

Jak jebać kapitalizm (bo jebać)
tak pragnę ten szal
uch



Anuluje sekwoje

ponieważ się śniły. Więc jednak ma się
totalitarne zapędy. Nieczyste myśli,

totalitarne systemy. Łapiemy się na tym,
kiedy bierzemy pracę w rodzaju koszenia traw,

grabienia liści lub usuwanie usterki.
Jedna drobna usterka anuluje sekwoję.

Goniliśmy w piętkę, a teraz mamy to (i się toczy,
Łożysko kulkowe jest w stu procentach sprawne

i nasmarowane tylko na filmie z cyklu:
jak nasmarować łożysko kulkowe.

Goniliśmy w puentę, a teraz mamy to:
toczy się, toczy; koniec.



Aleksander Trojanowski (ur. 1990) – polski poeta i literaturoznawca. Doktor nauk humanistycznych, asystent w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor książki poetyckiej Parkingi podziemne jako miasta spotkań (Biuro Literackie, 2020), za którą w 2021 roku otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius w kategorii debiut roku.

Marta Koronkiewicz – CZY MÓGŁBY BUDYNEK? [rec. Sz. Bira „1,1”] (02.2022)

jest coś szorstkiego/ w języku – pisze Szymon Bira w jednym z wierszy tomu 1,1 (Wydawnictwo Convivo, Warszawa 2021) i czyta się tę uwagę jakby autotematycznie. Wiersze Biry, podobnie jak w poprzedniej jego książce, nie są ani nadmiernie surowe, ani nadmiernie nie łaszą się do czytelnika. Zahaczają go bardziej – właśnie rodzajem szorstkości, pewnego niewygładzenia, może nawet pewnej na niego obojętności.

Wiersze to, powiedzmy, sytuacyjne, wychodzące od obserwacji czy zasłyszenia, czasem bardziej anegdoty, czasem tzw. myśli spod prysznica, nie ciążą jednak ani ku efektowi mądrości, ani  pozbawionego konsekwencji chwilowego zdziwienia. Wydają się bardziej coś testować – nie zawsze czytelnik wie (nie zawsze się mu pokazuje), po co czy według jakich kryteriów, niewiedza ta jednak okazuje się czytelnikowi sprzyjać, wzmaga ciekawość, wrażenie, że w czymś istotnym się tu uczestniczy.

W bardzo wnikliwej recenzji tomu Adam Partyka przymierza dykcję Biry do innych młodych i dość młodych poetów, znajdując podobieństwa i różnice, ostatecznie zaś odczytując 1,1 jako eksperyment z zakresu komunikacji: [to] jeden z nielicznych projektów poetyckich ostatnich lat, które, pomimo swojej wyraźnej nieprzejrzystości, tak otwarcie deklarują chęć porozumienia, pisze krytyk w podsumowaniu. I rzeczywiście, tom Biry niewątpliwie można określić mianem dość hermetycznego, jego poetyka wydaje się najwięcej zawdzięczać przede wszystkim twórczości Marcina Sendeckiego, ukłonem ku któremu mogą być tytuły dwóch jego książek wpisane w tytuły dwu sąsiadujących u Biry wierszy (lamety czy lament; trap). To właśnie szczególny minimalizm i hermetyzm Sendeckiego, antygnomiczny, oparty na wyszukiwaniu najmniejszych jednostek językowych, które wystarczą, by przywołać określony ton czy rejestr języka, patronuje i udziela się książce Biry. Śląsko-dolnośląski poeta na niewielkich przestrzeniach (wiersze mają od kilku do kilkunastu wersów, na wers często składają się jedno lub dwa słowa) stara się nie tyle opowiedzieć spójne historie (nawet w wierszach mniej opartych na zestawieniach, jak lipa czy trap), ile coś rozegrać: sytuację komunikacyjną, dialog, zestawienie obrazów. Zdarza się, że na wiersz składa się w większości wyliczenie, niejasne, nieujawniające swojej zasady organizacyjnej, a o tonie całości decyduje jedna nieprzezroczysta stylistycznie fraza, kolokwializm zazwyczaj, zbitka frazeologiczna – nagle jakoś dziwnie konkretna:

nie wchodzi z linii

delikatna tasiemka na blacie stołu
przenosi światło w okopy, jak
coś zobaczę, cały chodzę, np.
czułe światło przeniesione

np. pisk, rumień, zdrowe
elementy fauny i flory

cały chodzę
– tenis, ciężar, pole linii
loop uwolniony

Fraza cały chodzę kontrastuje – konotowanymi przez nią dynamiką i rozemocjonowaniem – z suchym, lirycznym wyliczeniem; a równocześnie wprowadza do wiersza element „akcji”, czyni z niego scenę. W podobnej  funkcji – miejscowego, doraźnego przydania wierszowi określonej emocji, tonu, nastroju – występują tu także zdrobnienia (która to technika przywołuje na myśl poetyki Sosnowskiego, Pułki czy Bargielskiej). Częstym narzędziem poetyckim okazują się także pytania retoryczne, które podszywają się pod partie dialogowe; odpowiedzi przychodzą z niewiadomych kierunków, po drodze być może się zmienia, a może ujawnia temat rozmowy:

[Czy da się uciec z miejsca]

Czy da się uciec z miejsca
z którego nie da się uciec?

– Da się!
– Nie da (to bajka)!
Decyzje wydają się podjęte.

– Zawsze można coś zrobić,
można chcieć uciec,
ale nie da się. Widziałeś rozstrzelanych?
Miejsca mnożą się.

– Widziałem, da.

Partyka porównuje technikę poetycką tego i podobnych wierszy tomu do form dialogowych wykorzystywanych przez Ilonę Witkowską, zaznacza jednak, że w odróżnieniu od autorki Lucyfer zwycięża Bira nie dąży do puenty, niekonkluzywność czyni nie punktem dojścia, a raczej zasadą wiersza. Można by dodać, że pytania retoryczne pełnią u Biry szczególną funkcję podtrzymywania komunikacji przy równoczesnym stawianiu komunikacyjnego oporu. Są to pytania o funkcji fatycznej bardziej niż filozoficznej, chciałoby się powiedzieć.

Jeśli by natomiast chcieć wskazać przewodni motyw, rodzaj interakcji ze światem, który w książce Biry coś organizuje – obrazowanie, myślenie, reagowanie – byłoby to jedzenie. Mówiący w wierszu regularnie zwraca uwagę na czynność jedzenia i na to, co jedzone. Co ciekawe, nie jest to tzw. okruch codzienności w wierszu, kotwiczka do zwykłości. Przeciwnie, jedzenie jawi się tu jako rzecz dziwna – tym dziwniejsza, im dalej w książkę – ale także jako użyteczna metafora. I tak np. w wierszu [okazjonalnie wojenka] druga z trzech strof poświęcona zostaje mówieniu i wypowiadaniu jako czynnościom nieabstrakcyjnym, wykonywanym zawsze w określony sposób: na jakie lubisz stawiać/ formy wypowiedzi / i jak je lubisz wypowiadać / – najbardziej, jak je lubisz / wypowiadać. Trzecia strofa pozornie stanowi kontynuację – zaczynając się myślnikiem, który jakby dopełnia wtrącenie ze strofy  poprzedniej – dotyczy jednak jedzenia: – to ile jemy/ w końcu, dużo / czy mało, i na ile różnorodnie?. Od mówienia do jedzenia przechodzi się więc bezpośrednio, mamy o nich myśleć na zasadzie analogii: obie czynności wymagają określonych ruchów jamy ustnej i języka, gardła i przełyku/krtani. Mówienie jako czynność można wykonywać na wiele sposobów i mieć wśród nich sposoby ulubione, cicho lub głośno, wznosząco lub opadająco, z przekąsem, na nadmiernym przydechu, połykając słowa, przygryzając język. Jedzenie zwraca uwagę na plastyczność, fizyczność języka czy komunikacji, a docelowo całej rzeczywistości.

W wielu miejscach książki Bira operuje czytelnymi obrazami, układa je jednak w taki sposób, by uchwycić wrażenie dziwności świata, dziwności mowy. Przez zestawienie, przez kontekst, uzyskuje się tu efekt odrealnienia, humorystyczny, jasne, ale jednak niepokojący, bo – no właśnie – szorstki, obojętny na nasz krótki śmiech. Jak w wierszu bez tytułu:

każde zdanie zawiera błędy
błędy mają zęby goryla

jak wyglądałby budynek
którego nie ma w opisie?

stylowe zombie wykonuje szereg
czynności, odwraca lunetę i patrzy –
czy mógłby budynek?

Czy mógłby budynek co? Zjeść? Obalić? Mieć? Zobaczyć (chociaż go nie ma w opisie)? Anakolut kończy wiersz, który zaczyna się od informacji o konieczności anakolutu. Błąd robi zdanie; źle zadane pytanie podkreśla potrzebę czy chęć komunikacji, niewiele komunikuje, ale zmusza czytelnika do językowej reakcji, do postawienia szeregu pytań, wejścia w sytuację rozmowy, jeśli nawet jeszcze nie rozmowę.

W blurbie książki Darek Foks pisze o sprawnej lakoniczności poetyckiej, która niewątpliwie cechuje 1,1, warto jednak podkreślić, że owa sprawność pozostaje tu nie w służbie prostoty komunikatu a badania warunków komunikacji. Bira zdaje się sprawdzać: ile najmniej potrzeba (podać? dodać? odjąć?), żeby przekazać jak najmniejszą cząstkę znaczenia – tylko cień jednej emocji, tylko sugestię ogólnego rejestru językowego, tylko sugestię ważności czegoś, jakiegoś problemu, jakiejś oceny (w wierszach widzimy szczątki rozmów czy rozmyślań o konkretnych zjawiskach społecznych). W efekcie czytelnik nie uzyskuje żadnej określonej wiedzy, ale orientuje się, że czegoś się dowiedział, z czymś został, coś mu przekazano: jakby ćwierć informacji, jakby sam kontekst bez sedna. Zaskakująco treściwe ćwierć, zaskakująco treściwy brak.


Rafał Gawin – KOMENTARZE, KOMENTARZE, WSZĘDZIE NASZE NAGIE TWARZE (02.2022)

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Może zacznijmy od fundamentalnej oczywistości: w 99 procentach przypadków autorzy wierszy piszą o sobie. Autorki też. Również autorzy stawiający na różnego rodzaju stylizacje i kreacje. „Ja” jest praktycznie niewypieralne.

Tak samo, jeśli chodzi o „ja” krytyka. Choćby obiektywizował styl przy wykorzystaniu najbardziej kolektywnych narzędzi, nie zniknie z tekstu. Musiałby być maszyną, botem, awatarem, fejkiem, trollem, … [dopisz swój nędzny typ]. Albo rzeczywiście korzystać z pomocy wielu redaktorów i współautorów. Ale to też, na dłuższą metę, prowadzi do powstania punktowo subiektywnego wielogłosu, a nie obiektywnej syntezy. Taka – krytycznoliteracko – nie istnieje.

Moglibyśmy na tym skończyć, ale to dopiero początek schodów.

Żyjemy w czasach, w których nawet ocena warsztatu nie może być jednoznaczna. Żeby docenić niektóre zabiegi formalne, trzeba najpierw zaufać autorowi, że stosuje je świadomie i nieprzypadkowo np. łamie jakieś zasady tudzież składnie. Tak, tu też mogą wkraczać sympatie i antypatie środowiskowe, ale ja nie o tym. Zwyczajnie obiektywizm się rozmył. Zresztą, mógł nigdy nie istnieć – istniały wyłącznie punkty odniesienia dla jego coraz mniej przekonywających realizacji[1].

Obiektywizm jest możliwy wyłącznie w wierszach. Może stanowić swego rodzaju pozaliryczny i pozametafizyczny stan idealny, do którego się dąży, ale którego nie osiąga. Zero oceny. Zero ironii. Zero, co chyba najważniejsze, ideologii. Czystość wiersza, czystość interpretacji, czystość intencji. Nie, nie do intencjonalistycznego odczytania. Do odczytania poza i ponad podziałami. „Takie odczytanie nie istnieje!”. Spróbujmy się więc do niego zbliżyć, niczego nie zaciemniawszy i nie przeintelektualizowawszy.

W tekście krytycznoliterackim tak naprawdę chodzi o zbudowanie równowagi między „ja” krytycznym a „ja” autorskim. Inne projekty są prawie niemożliwe. Niezależnie od stosowanych narzędzi i wyznawanych filozofii, ba, również w wirze różnych metafizyk. Bez czułości, empatii i innych kiczowatych afektów, za które dostaje się Noble. Wyjść poza schemat i pozostać wiarygodnym – oto, co może krytyk, niezależnie od poziomu autokreacji. Bez autokreacji, jednak, daleko nie zajedzie. Nawet najbardziej pogłębiony analitycznie tekst, najbardziej rzetelne omówienie wiersza, książki tudzież projektu literackiego wymaga obecności jego autora. Na posterunku, ale i wbrew stereotypom, że autor czegokolwiek nic nie znaczy w obliczu dzieła. W tym przypadku – a jakże! – dziełem jest też tekst krytycznoliteracki.

I nie muszą padać wielkie nazwiska. Niech padają mity.

We wstępie Pawła Kaczmarskiego do ankiety o „prywacie w krytyce” (zob. „Odra” nr 5 /2021) najpierw czytam jego, potem dopiero tekst, jaki napisał. W głosie Antoniny Tosiek („Odra” nr 7-8/2021) odczytuję ją wręcz totalnie; ale to nie znaczy, że przestrzeliła tudzież dała się złapać na nadmiernej autokreacji. To naturalne, że przy pisaniu takiego tekstu, bardzo subiektywnego głosu, korzysta z siebie, sobie charakterystycznych technik i narzędzi. Nawet jeśli to jakiś pop, kamp czy gawędziarstwo. Sonia Nowacka lepiej się maskuje („Odra”10/2021), ale wychodzi z niej Nowacka, już na poziomie konstrukcji całości, z antykapitalistyczną puentą. Zuzanna Sala („Odra” 1/2022) sprytniej odwraca uwagę: najpierw wygłasza apoteozę potencjalności autokreacji totalnej, by ją uprawiać – w wersji medium – w dalszej części tekstu. Rozpoznaję ten tembr, zresztą zupełnie nieintencjonalnie lubię. Charakterystyka względnie wyrobionego krytycznoliterackiego „ja” jest jedna i niepowtarzalna, oparta o to „ja” i w nim wręcz tautologiczna.

Najgorsze, co może zrobić krytyk, to próbować zobiektywizować swój szkic; takie praktyki są z gruntu fałszywe i daremne. I choć Tosiek będzie się asekurować, że wszyscy, że typowe, że zawsze że przecież tak, Nowacka będzie uciekać w dyskurs, a Sala w nadmierną logikę, nie uciekną od siebie. Zresztą, tekst wyjałowiony z „ja”, zwykle w sposób akademicko sztuczny i filozoficznie wydumany, traci, o ile w ogóle da się go przeczytać bez uczucia znużenia, to znaczy – da się doczytać do końca. Nie podam przykładów; w tej ankiecie jeszcze takie teksty nie padły.

„Ja”, głupcze, jak mawiali klasycy myśli, która nas ciemięży i każe nam zarabiać grosze na podobnych konstatacjach. To jest w ogóle najbardziej intrygujące: polemizować z tezami wartymi biliardy i tryliony w, dla odmiany, naprawdę profesjonalnie skonstruowanych tekstach za dwieście złotych. Za dwieście, autorzy ankiety?

Owszem, parafrazując Nowacką i Salę, nieco też upraszczając (niech nas czytają!), elementy „ja” można podzielić na te, które wyłącznie robią szum, i te, które coś znaczą, w wierszu i dla wiersza. Biograficzne interpretacje powoli wracają do łask, nie tylko za sprawą coraz głośniejszego intencjonalizmu (w odpowiedzi na który szykuję kolejną książkę z wierszami, więc nie rozwinę tematu; koniec kolejnej autokreacji): stąd, myślę, w ogóle pomysł na tę ankietę, zresztą nie tylko Kaczmarskiego i Marty Koronkiewicz[2].

I taki Radosław Jurczak może sobie zaklinać rzeczywistość, co potem zacytuje Sala: „ja” nie jest w ogóle ciekawe. Ciekawy jest świat. I jemu może się taka realizacja świata bez „ja” udawać, bo ma do tego narzędzia, świadomość poetycką i talent. W 99 innych książkach poetyckich albo będzie występować co najmniej słabe „ja” (używam tego epitetu niepejoratywnie), albo co najwyżej bardzo słaba kreacja (używam tego epitetu degradująco).

(Swoją drogą zastanawiam się, czy fakt, że książka Jurczaka była nominowana do tylu nagród literackich świadczy o jej jakości, czy o tym, że została skrojona do potrzeb kompromisu różnych jurorów? Kiedyś, może, ten temat rozwinę, ale potrzebuję perspektywy czasu).

I też nie chcę przez to powiedzieć, że gdy Filip Matwiejczuk pisze o gównie, pisze o sobie[3]. To jest zbyt proste, i nawet nie chodzi mi o bełkot jako strategię pozornego przetrwania poza „ja”, w ramionach ustalonych przez akurat modnych na lewicy filozofów[4]. Zwyczajnie to „ja” prześwituje przez te wiersze niczym przez właśnie wykorzystany do podtarcia dupy papier: jest to ja bardzo inteligentnego, oczytanego (wierzę na słowo, spoza wiersza), młodego buntownika, czy wręcz psotnika (jak by powiedział Zbigniew Kruszyński), który z pozycji buńczucznego gniewnego chce zburzyć zastany porządek, ukręcając na niego bat z potoku słów wypuszczanych mniej lub bardziej nieskładnie w odwróconej kolejności, niczym z procy. Taka trochę synteza nieprzystających do siebie broni, w której więcej krzywdy można wyrządzić własnemu „ja” niż wspomnianemu porządkowi (który, zresztą, przynajmniej poza akolickimi dla krakowskich środowisk miejscami, pozostał nie tyle nienaruszony, co niewzruszony). Reasumując: to „ja” zdecydowanie tu jest, choć ubezwłasnowolnione, po autodestrukcyjnym, sadomasochistycznym i skatologicznym łomocie. Paradoksalnie – jest przez to bardziej widoczne, tak nago-brudne. W (ciągle) tym samym świecie.

Tylko dlaczego wspomniane rozgraniczenie Jurczaka, według Sali, jest zmiękczone obserwacją, że „ja” znajduje się wewnątrz świata, jest jego elementem? A gdzie ma się znajdować „ja”? Poza językiem – jeszcze bym się zgodził, choć po długiej debacie; ale poza światem? To w czym, za przeproszeniem, ma tkwić „ja”? W sobie? Najgorzej, jak mawia młodzież.

Jaki w ogóle świat miałby być punktem dojścia? Inny, lepszy, wymyślony, wykreowany? Kosmiczny niczym mecz? I co jest punktem wyjścia, jeśli nie świat? Podróż między światami to jakieś nowe, krytycznoliterackie science-fiction? Ponieważ kosmos staje się modny w wierszach, gdy nie wystarcza niebinarność ekologii i kapitału? Mogę sam uciec w autokreację, bo to łatwe, i – co już zostało dowiedzione – czynią tak wszyscy dotychczasowi dyskutanci; widać to po konstrukcji głosów, które podlegają pewnej formule, podległej[5] bardzo autorskiemu stylowi, nie znaczeniu, na co choćby Nowacka i Sala usilnie się powołują.

Myli się Tosiek, pisząc: Żonglerka wizerunkiem nie jest niczym nowym. Nie jest też wcale bardziej nachalna niż kiedyś. Takiej nadreprezentacji wizerunku względem twórczości 90 procent poetów i chyba 99 procent prozaików[6] nie było nigdy, a czas pandemii, przejścia w pracę – a więc też prezentację i autoprezentację – zdalną tylko ten proces nasilił.

To działa według zasady zaburzonych proporcji: widziałem jeden zestaw wierszy i obejrzałem prezentację jednego poematu Dawida Mateusza, natomiast przeczytałem jego 6348 komentarzy na temat szeroko rozumianego kolektywnego życia literackiego w Krakowie i miastach akolickich. Owszem: dowiedziałem się ciekawych rzeczy (nie wszystkie plotki docierają do mnie jako pierwszego, niech to będzie oficjalne dementi!). Ale nic więcej. Jedyną legendarną postacią z Krakowa pozostaje Marcin Świetlicki; i nawet jeśli, ostatnimi czasy, trochę zdziadział, to poczuciem humoru i autokreacją dystansuje samozwańczych liderów lokalnych środowisk twórczych, ze mną na czele.

Idąc dalej, albo kręcąc się w kółko, wiem, gdzie Adam Wiedemann był na mieście, co jadł, kogo zaprosił do domu, czego słuchał, z kim oglądał nudny, a z kim ciekawy film i co sądzi o absurdalnie nadmuchanej aferze na temat swojego felietonu o konkursie chopinowskim. Dopiero po dwóch latach od ostatniej wzmianki o poprzedniej książce Wiedemanna dowiaduję się, że wydaje kolejną książkę (w PIW-ie), znam z niej może kilka wierszy. Niedawno ustaliliśmy, że dopinguje poetkę z Łodzi, Ewę Filipczuk (szykujcie się na jej powrót po prawie dwudziestu latach!). Która informacja jest dominująca, nadrzędna, najistotniejsza? Jak teraz będę czytał nowe wiersze autora, w których przecież niezmiennie kwitnie i więdnie życie literackie, a anegdota skrzy się od realnych i autokreacyjnych aluzji.

Rację może mieć Nowacka, konstatując: Krytyka, która poważnie podchodzi do swoich obowiązków, będzie się od tej autokreacji dystansować, jednocześnie jej nie ignorując ani o niej nie zapominając. Kiedyś to wydawało się oczywiste, dzisiaj trzeba to na nowo odkrywać. Albo deprecjonować, bo przy takiej nadreprezentacji prywatnych osób autorów sam wiersz nie zawsze jest w stanie się przebić.

Czy krytyk ma pomóc wierszowi odnaleźć drogę do siebie, że zapytam naiwnie? Niech będzie, że jest to jakaś apolityczna opcja.

Tylko jak się dystansować od różnych autokreacji? Jadąc Bosorkę Katarzyny Szwedy jako największe zło polskiej poezji ostatnich kilku lat? Ale – znowu – co się, drodzy państwo, tak jej uczepiliście? W czymże jest gorsza od storytellingu Tosiek? Albo od Animaliów Anny Adamowicz? To trzy kreacje, których nie da się obiektywnie wartościować; każda może dość szybko przegrać, gdy skonfrontuje się w nich realne z wyobrażonym. Również poza kategorią doświadczenia[7].

Ponadto wiersz, będący „emanacją tożsamości autorskiej”, może być nawet bardzo dobry, bo różne rzeczy można w nim z tą tożsamością zrobić: odwrócić ją, przewrócić, przekroczyć, a nawet wypatroszyć. Zatańczyć na niej, dać sygnał do ataku lub hard dominacji. Choćby taki Jaworski i jego Kiedyś byłem szczupłym facetem, który mówi więcej o kondycji ludzkiej, a nawet o tak modnie ciśniętym kapitalizmie tudzież demokracji jako systemie uciskającym, niż tak chwalone przez młodych krytyków profesjonalnych książki Matwiejczuka, Przemysława Suchanieckiego czy – muszę to z bólem napisać, bo się smutno rozczarowałem – Michała Mytnika (młodzi gniewni – nie dajcie się tak ścinać przy redakcji, bo z waszego talentu niewiele zostanie w mniej waszych, bo kolektywnych wierszach!). Niezależnie do tego, jak modne się stają ucieczki od „ja”, tak jak wcześniej modne były ucieczki od jakiegokolwiek podmiotu w wierszu.

A potem sięgam po nowego Jaworskiego (znowu!), po Sośnickiego, wreszcie po Jakubowską-Fijałkowską, czy nawet tę „sentymentalną i piosnkową” Podgórnik, a tam miazga; miazga wszystkich niby nowych poetyk i osób mówiących. Sośnicki w figurze matki rozgrywa ten świat (bo przecież po co ma kreować nowy?) w taki sposób, że wszystko się tam zgadza, a jednocześnie nie przystaje, drażni i boli; i nie są to instaemocje, kreacyjne podrygi i podśmiechujki, to czysty klasycyzm ze złodziejstwem inwentarza, fundamentalna gnoza.

Może to kolektywne pisanie jednak nie ma sensu? Starsi (Pasewicz, Biedrzycki) są już odporni na wpływy i mają zbyt silne dykcje. Młodzi zachłystują się parytetem, równością i redystrybucją talentu – i bawią w hiperpoprawne rozkminy wycieczek po Stanach tudzież jazdy – nie, nie, nie na znaczeniach czy chociaż frazach – na deskorolkach. Przepraszam, zostaję na drewnianym coasterze, tam nawet wióry są znaczone i znaczące, tam się odbywa karnawał na zgliszczach tej rzeczywistości krytycznoliterackiej, tej ankiety, tej autokreacji. To rzadki przypadek przekroczenia przechwycenia, intuicyjnej kąpieli w morzu martwym, które jest plażą pełną chrustu. I wystarczy, bo Kosendy w Kosendzie jest najwięcej, nie w mojej średniej jakości psychofanowskiej imitacji.

Inna sprawa – jakie narzędzia stosować, aby rzetelnie ocenić, na ile dana kreacja jest sztuczna, ba, na ile w ogóle jest kreacją. Mam tu na myśli choćby Krzysztofa Schodowskiego, poetę klasycyzującego i malarza poszukującego. Bez znajomości konkretnej osoby (a więc środowiska, kliki i koterie) nie da się tego jednoznacznie rozpoznać. Język, który z jakichś pozycji wydaje nam się sztuczny – bo etos, patos i eternit, więc kurz z butów na koturnach wystaje, a inwersjami wytrzeć się nie daje, gdy rymy na straży pilnują miraży – z innych, nawet bardzo indywidualnych, bo przecież nie wyłącznie klasycyzujących czy konserwatywnych, będzie jedynym możliwym językiem do mówienia o wierszach, czasem – tylko o tych konkretnych. I tutaj Schodowski wypada wiarygodnie. Nie wymyśla się na siłę. „Ja” nie próbuje zastępować jakimś sztucznie politycznym „my” tudzież inwersji – młodzieżowymi słowami roku. I ja to, za przeproszeniem, kupuję. Moje „ja” również ulega.

Inna sprawa dwa – idąc za Tosiek – nigdy nie byłem „zakłopotany” (wspomniani powyżej autorzy chyba również), gdy miałem w jakikolwiek sposób skomentować własny wiersz. To właśnie autorska kreacja zwykle polega na tym, że udaje się takie zakłopotanie, bo tak jest łatwiej i wygodniej, bo zawsze można zrzucić obowiązek na jakiegoś bezimiennego krytyka nawet w czasach, gdy punktoza na uczelniach i poczucie bezcelowości pisania poza nimi zabijają obieg recenzencki książek poetyckich.

Inna sprawa trzy – Pawle Kaczmarski, kicz nie bierze się z uległości wobec rynku, tylko ze zbyt brawurowych interpretacji według modnych kluczy i uległości wobec ideologii, a zwłaszcza polityk pozaliterackich. Kicz bierze się z obiektywizacji rzeczywistości tam, gdzie nie da się jej zobiektywizować. Z opowiadania tendencyjnych historii o rewolucji, która nigdy nie miała miejsca, bo jej ojcowie (i matki!) nie dostali wystarczająco spektakularnej szansy.

To w ramach, tym razem mojego, wstępu do odpowiedzi na dwa kluczowe pytania Kaczmarskiego z zagajnika niniejszej ankiety:

Czy tu i teraz, w Polsce w 2021 roku krytycy powinni – a jeśli tak, to w jaki sposób – brać pod uwagę pozatekstowe wypowiedzi pisarzy i pisarek, ich persony i kreacje, ich ewentualną publiczną działalność?. Tak, powinni. Wiersz nie istnieje w próżni, uwalnia się od autora, ale się go nie wypiera. Zresztą nie da się inaczej, żeby nie popaść w sztuczność i śmieszność. Sposoby, chyba, określiłem powyżej.

Czy [krytycy] powinni zabierać w tych kwestiach głos, brać je pod uwagę w swoich analizach, aktywnie kształtować?. Tak, powinni. Choć nie wiem do końca, jak krytyk ma aktywnie kształtować cokolwiek. Jeżeli chce wykonywać tego rodzaju pracę, niech się zajmie pracą u podstaw – redakcją książek. W innym wypadku – niech niczego nie narzuca. Znam przypadki wychowania sobie krytyka przez autora, to jest jakaś droga do funkcjonowania w profesjonalnym obiegu, ale w drugą stronę? To tak, jakby kura nagle postanowiła być jajkiem, żeby po ponownym wykluciu się wbić komuś skorupki w oko.

A tak w ogóle, to wszyscy zakończyli efektownymi puentami. To ja, w ramach wolty, zacytuję wiersz Umowa śmieciowa Piotra Gajdy z książki O włos, która ukaże się w tym roku: Kiedy nastał poranek dnia siódmego, / Bóg nie trudził się już stwarzaniem świata. / Ten, który go zatrudniał, wymówił mu posadę. Wszyscy trochę tak się zachowujemy, jakbyśmy walczyli o posadę krytyka towarzyszącego całej polskiej poezji najnowszej, choć przecież stosujemy tendencyjne, polityczne i środowiskowe wykluczenia przy definiowaniu, co się do niej zalicza. Szukamy syntezy, gdzie nawet nie da się przeprowadzić analizy, ponieważ za dużą częścią twórczości jakiejkolwiek nie stoi żadna intencja, nie wspominając nawet o idei (ale też nie używając w tym kontekście słowa „chuj”).


[1] A jeszcze dochodzi, ostatnio nasilony, owczy pęd w kopiowaniu opinii autorytetów. Np. ktoś pokroju Adama Kaczanowskiego mówi: słaby ten Reznikoff w przekładach Sommera. I nagle czar chyba ostatnio najważniejszego po O’Harze i Ashberym Amerykanina w kontekście polskie poezji pryska, ludzie zaczynają dostrzegać, że to „deklaratywne wiersze o pogodzie” tudzież „bezpieczne obrazki”. Nie uważam tak, próbuję cytować z pamięci, również z rozmów pozainternetowych.

[2] Niezależnie przeprowadzenie podobnej dyskusji zaproponował, w rozmowie telefonicznej, Grzegorz Jankowicz.

[3] Proszę mnie tylko nie posądzać o złe intencje!

[4] W tym tekście nie padną nazwiska inne niż polskich pisarzy i krytyków, ponieważ wyłącznie o nich tu chodzi!

[5] Tak, to niezmiennie również tautologia podległości.

[6]  Nie chodzi mi o narcystyczne rozróżnienie, tylko o fakt, że zwykle mniejszy odsetek poetów w ogóle potrafi posługiwać się komputerem, Internetem, wreszcie – mediami społecznościowymi. Przed pandemią było to jakieś 66,6 procenta.

[7] Więcej w innym tekście.


Rafał Gawin (ur.1984) – poeta, krytyk literacki, korektor i redaktor Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie[1], redaktor serwisu Poezja Polska. Ostatnio opublikował Wiersze dla kolegów (2017), Jem mięso (2019).