Adam Kaczanowski – Wiersze (01.2022)

Strażak sam 

Wyobraź sobie: jedziesz wozem strażackim 
szybko na sygnale ostro przed siebie 
Nie jedziesz do pożaru do skaczącego z balkonu 
do kotka do radioaktywnego wycieku 
Jedziesz donikąd po prostu pędzisz przed siebie 
Pięknie, kurwa, pięknie, myślisz 
a dzieci mają cię za bohatera 
Nie gonisz potwora, nie uciekasz przed potworem
i nie jesteś potworem bardziej niż inni 
Krzyczysz: Jam ćmą, królem i królową 
królestwa ciem światło nie jest już moim światem 
Pożar ani mnie grzeje ani ziębi pożar w szklance wody 
Jesteś lepszy niż pożar pożar byś pożarł 
Wyje twoje auto jesteś wyciem jesteś sygnałem 
nie do zatrzymania rozpychasz się przez miasto 
Pożar nie jest twoim problemem Nie uciekasz 
przed problemem i nie jesteś problemem bardziej niż inni 
Dzieci i rodzice robią z ciebie bohatera 
Czy jesteś człowiekiem-sygnałem? 
Człowiekiem-prędkością? Człowiekiem-kraksą? 
Tylko pokonujesz odległość która jest do pokonania
Dzieci mówią: on ma ogień w sobie 
Ty mówisz: jam ćmą królem i królową królestwa ciem 
Nic cię nie uratuje i ty nie uratujesz niczego 
Nie dogonisz i nie uciekniesz 
W zabawie w policjantów i złodziei 
ty jesteś tym naprawdę złym 
sznur karetek i radiowozów jedzie za tobą 
sznur karetek i radiowozów nie jedzie za tobą 
na sygnale mijasz się z powołaniem 


Adam Kaczanowski (ur.1976) – próbuje negować sens notki.

Jakub Sęczyk – Wiersze (01.2022)

Antydopingowa kontrola nie rozumie eksperymentu

Franciszek rzygał, Dominik mówił o rejwie,
na którym mieliśmy się spotkać, ale nie odbył się.
Nela oznajmiła, że nocne niebo jest zmyślone,
a Krista powiedziała to, co Eliška wiedziała dawno
temu, być może chodziło nam o wspólne.
Potem gapiłem się z Filipem w lukrowaną pełnię,
po drugiej stronie czekał kapitan Biała Kość
i cichutko śpiewał: kosmos się rozszerza, <śmiech>.


Kanikuła

Mieliśmy demonstracje, mieliśmy ćpanie w klubie,
lędźwie zimne od potu i czas, mieliśmy czerwce
i wrześnie, nie mieliśmy hajsu na dzienne,
miesięczne i przyśnił się piach.

W tym śnie mieliśmy piach, dużo piachu
pod powiekami, a wszystkie nasze nocne i dzienne
sprawy wypisane na transparentach, wysoko
ponad głowami, jak las.

Mieliśmy zdanie, a nie mieliśmy zdania,
były feerie, było szczekanie do gwiazd.


To pierwszy przymrozek tej jesieni

Po protestach wracaliśmy do ciepłych łóżek,
żeby przytulić ciała, które były obok.

Ciała, które były obok.


Jakub Sęczyk (ur.1993). Wrocławianin. Teksty poetyckie i krytyczne publikował m.in. w „Odrze”, „Małym Formacie”, „Kontencie”, „Stonerze Polskim”, „Wizjach”. Laureat 14. edycji „Połowu”.

Laura Osińska – Wiersze (01.2022)

[          ]

nic, nic

poetyckiego w lewym mięśniu mostkowo-obojczykowo-sutkowym
poetyckiego w prawym mięśniu mostkowo-obojczykowo-sutkowym
w krwiach i powietrzach pomiędzy nimi
w gałęziach nerwu dodatkowego

kanały przewody kable sploty kresy
przenikłe szumy miarowe tętnienie
cierpliwe taktowanie błysk za błyskiem
krople rtęci nikłe strużki szpryca

nic w ciele które nie należy


[             ]

gra się zgliczowała, więc wczytałaś sejwa:
wykreślone: wszystkie wąskie łóżka, które
nam wystarczały, bo zlewałyśmy się w jedno;
wszystkie banalne kolacje ze śniadaniami;
wszystkie zapewnienia, że nigdy i że zawsze;
wszystkie kocham i wszystkie nienawidzę;
wszystkie błagamprzyjedź, wszystkie nieprzyjeżdżaj;
wszystkie drobne gesty, gęste ruchy dłoni;
celny cios poduszką, chybiony cios biczem;
wszystkie moje ciała oddane każdej tobie


[             ]

chciałabym drona, który będzie mi donosił:
co u ciebie słychać, czy jeszcze jesteś zdrowa,
czy wszystko w porządku, czy ręka się zrosła,
czy coś innego pękło, czy zdąży się zrosnąć

zanim świat się skończy, zanim wszystkie fronty

się przetną w centrum świata, w którym siedzisz
sama (albo i nie sama, o tym też by doniósł),
czy świat cię ominie, zostawi w spokoju,
przesunie gdzieś na bezpieczny margines


drugi raz wchodzę na Pornhuba

aktorka ma takie same piersi jak ty
co mam z tym zrobić?


[          ]

gdyby ciało było sentymentalne,
świętowaniu utraty nie byłoby końca;
najdrobniejsze skaleczenie obrastałoby blizną


Laura Osińska vel Anna Adamowicz – (ur.1993) diagnostka laboratoryjna, poetka, autorka tomów Wątpia, Animalia oraz Nebula. Laureatka Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej. Tłumaczona na języki. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

Zuzanna Sala – INSTANT – PRYWATA A PRYWATA ZNACZĄCA (01.2022)

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Na początek wyznanie: uwielbiam wplatać do tekstów osobiste wtręty i sugestie, ślady nie za długiej przecież historii mojego życia. Mam w sobie ten pierwotny egotyczny pociąg do snucia ekshibicjonistycznych narracji. Powstrzymuję go z wielkim trudem – pilnuję, aby nie zamieniać tekstów o interesujących mnie zjawiskach czy książkach w opowieści o sobie. Ale gdyby tylko ktoś otwarcie dał mi przestrzeń do uprawiania tego ekshibicjonizmu, np. przeprowadził ze mną wywiad, w którym padałyby pytania o moje życie – prawdopodobnie ta skrupulatnie budowana tama nie tyle kontynuowałaby przeciekanie, ile po prostu by pękła, a ze mnie wylałby się potok śmiesznych truizmów o życiu.

Kiedy więc dołączam do rozmowy o prywacie i w pierwszych słowach mam ochotę aprobatywnie odnieść się do miażdżącej krytyki Soni Nowackiej z październikowego numeru „Ósemego Arkusza Odry”[1], to nie dlatego, że gardzę tymi, którzy stanowili w poprzednich tekstach przykłady „własnych osób prywatnych”. Nie dlatego, że chcę kogoś osobiście przypinać do pręgierza i analizować to, jak bardzo dał się ponieść okazji do eksponowania samego siebie. Zdaje się, że zarówno Paweł Kaczmarski, jak i Nowacka dość otwarcie wskazywali na systemowy, rynkowy problem dyskutowanych tutaj mechanizmów. Ponieważ jednak Antonina Tosiek (więc zapewne także część innych twórców) odebrała ten atak jako atak personalny, a także z niejasnego dla mnie powodu założyła, że do worka „prywaty”, o którą można zostać oskarżoną, wrzucić należy także prowadzenie spotkań autorskich czy zabieranie głosu w dyskusji krytycznej (Mam przestać lubić rozmawianie o książkach, bo wikłam wtedy swoją „własną osobę prywatną” w jedną grę z poezją?[2]) – sądzę, że warto porozmawiać o sprawie także w trybie mikro. Tzn. spróbować odpowiedzieć na najkonkretniejsze z zadanych przez Kaczmarskiego pytań: jakie konsekwencje na poziomie konstrukcji tekstu krytycznego mogą mieć całe te rozważania nad prywatnością?

Udajmy się zatem do źródła. Tekst Macieja Woźniaka z „Wakatu”, stanowiący bezpośrednią inspirację dla inicjującego tę dyskusję Kaczmarskiego, zaczyna się od takiej właśnie systemowej analizy. I o ile jego wstępne rozpoznania intrygują, zaznaczają problem dotyczący praktyk wydawniczych i komodyfikacji prywatności, o tyle wnioski, które krytyk wywodzi ze swoich intuicji, unaoczniające się w sposobie jego pracy z omawianymi tomami, są już bardziej problematyczne. Kiedy zatem Woźniak pisze we wstępie:

Rynek wydawniczy i powszechny dostęp do internetu czynią z autora książki, nawet z autora młodego, dopiero debiutującego, od razu kogoś w trzech osobach. Nie tylko – jak drzewiej bywało – w osobie pierwszej, publicznej (dzięki okładce z nazwiskiem) oraz w duchowej, czyli trzeciej, osobie narratora lub podmiotu lirycznego, ale także we własnej osobie prywatnej. (…) [T]aka nakładka może albo ułatwić lekturę, albo przydać jej atrakcyjności[3].

Jestem gotowa przyklasnąć jego rozpoznaniom. Nie mogę jednak ukryć zmieszania, gdy czytam dalej, do czego w tekście Dwoje poetów w trzech osobach prowadzi autora ta krytyczna refleksja. Z jakiegoś bowiem powodu lekką ręką odłożone na bok zostaje to, co w pierwszym akapicie było najciekawsze: skupienie na rynkowym charakterze obecności „własnej osoby prywatnej”, na przymusie wydawcy (Tosiek w swoim tekście pisała: nie znam chyba osoby autorskiej, która musiałaby taki komentarz [do swojego wiersza na stronę wydawcy – przyp. Z.S.] napisać i nie byłaby z tego powodu zakłopotana) czy wreszcie na projektowaniu „zwykłego odbiorcy” w procesie promocji, ale także samego wydawania książek. Woźniak pytał więc o kwestie fundamentalne: o to, czy godzimy się na myślenie o literaturze w perspektywie doświadczania „autora jako marki” (zgodnie z postulatem Dominika Antonika); czy utowarowione życiorysy i tożsamości twórców mają (czy powinny mieć?) wpływ na nasze lektury? A wreszcie: jak odróżnić istotne konteksty biograficzne, ważne autorskie deklaracje, które pomagają nam w odpowiednim nakierowaniu uwagi interpretacyjnej od owych „produktów” wyduszanych bardziej niż mniej siłowo z autorów na potrzeby książkowego rynku?

Problem jednak polega na tym, że gdy przychodzi do właściwych lektur, wstępne krytyczne pytania o systemowy charakter zjawiska idą w kąt i dostajemy dość kłopotliwe – także na poziomie, no cóż, taktowności – etykiety krytyczne. W recenzji Woźniaka Krzysztof Schodowski zostaje nieheteronormatywnym witrażystą a Katarzyna Szaulińska – poetką-matką wskutek nader nieprozaicznego poczęcia. Oczywiście możemy spierać się o to, kto tu ową granicę przyzwoitości narusza: czy krytyk, dobierając tak bezpardonowo określenia do debiutujących twórców, czy sami poeci, ekshibicjonistycznie odsłaniający informacje na swój temat i umożliwiający tym samym powstanie owych etykiet. Trudno mi też nie zauważyć w analizie Woźniaka pewnych – nie wiem, na ile świadomych – dysproporcji genderowych. Prywata Schodowskiego częściej bowiem jest analizowana w kontekście twórczości – przejawiać ma się ona w działalności autora w sztukach wizualnych czy w wysilonym języku poezji (porównywanym do wypowiedzi swobodnej z wywiadu). Szaulińska zaś zostaje oskarżona o to, że dobiera bohaterki swoich wierszy na podstawie fizycznego podobieństwa do niej samej (Od tytułu Dorothy Valens dwa kliki do wiedzy, że Szaulińska jest całkiem podobna na zdjęciach do grającej Dorothy u Davida Lyncha aktorki Isabelli Rossellini), by nie przypominać już cytowanej problematycznej frazy o nieprozaiczności poczęcia.

Widzimy zatem, że tryb wyciągania wniosków przez Woźniaka zwyczajnie nie działa. Nie tylko dlatego, że może budzić oburzenie czy generować osobiste urazy. Istotniejsze jest to, że krytyk nie może się zdecydować, jaką rolę te prywatne deklaracje pełnią w interpretacji wiersza, w jakim trybie można je włączać do recenzji lub ignorować. Działa wybiórczo, zaczepnie, a wstępne dobre intuicje ostatecznie prowadzą go do bliskich śmieszności implikowanych postulatów, aby poeci w wywiadach stosowali ten sam (lub zbliżony) rejestr językowy, co w poezji. Przez to krążenie po omacku sam autor szkicu staje się elementem krytykowanej machiny – daje się złapać na haczyk utowarowionej prywatności, zachowując jednocześnie pozory dystansu.

Skoro zatem Woźniak pozostawia nas w praktycznej pustce, to aby wesprzeć jego teoretyczne poszukiwania, proponuję sięgnąć do artykułu innej poetki występującej w roli krytyczki. W 2018 roku w „KONTENCIe” ukazał się tekst Anny Adamowicz, traktujący o zjawisku instapoezji. Na przykładzie Anny Ciarkowskiej autorka słusznie wyłapała centrum tego fenomenu, czyli właśnie specyficznie i skrajnie pojętą prywatność. Zbudowana w Kukułczym jaju poezji analogia pomiędzy tym, jak funkcjonuje pseudonauka, a tym, jak działa pseudopoezja, wskazuje na pozatekstowe korzenie zjawiska. Jak pisze Adamowicz: Ciarkowska nie oferuje literatury. Oferuje ciepło, zrozumienie, współodczuwanie, współdzielenie emocji i wrażliwości. Nie oferuje instant-poezji, ale instant-terapię bazującą na powtarzanych w kółko frazesach i głodnych kawałkach[4]. Cały ten mechanizm i fenomen jest, zdaniem autorki szkicu, oparty właśnie na praktykowanych przez instapoetkę komunikatach prywatnych – to one budują ogromną sieć odbiorców, a zatem generują sprzedaż. Niezależnie od tego, czy strategia familiarności jest przez Ciarkowską wykorzystywana świadomie (czyli cynicznie), czy też nie (czyli naiwnie), nie ulega wątpliwości, że jej ostatecznym celem jest zaspokojenie potrzeb jak najszerszej grupy docelowej. Siłą rzeczy nie mówimy więc tu o dziele literackim z zachowanym choćby minimum autonomii, mówimy tu o produkcie wykorzystywanym do zaspokajania rozmaitych potrzeb odbiorców.

W myśleniu o prywacie rysuje się więc oś, na której po jednej stronie znajduje się Faulknerowskie marzenie o byciu wykreślonym z historii jako osoba prywatna[5], na drugim zaś – autorska praktyka, w której poezja jest traktowana jako przykrywka dla frazesowych opowieści o sobie. Bez trudu możemy założyć, że między tymi podejściami znajduje się jeszcze całe spektrum postaw. Istotną dla nas granicę na tej osi wyznaczać będzie jednak chyba celowość formułowania prywatnych komunikatów, a zatem odpowiedź na pytanie: czy prywata służy do tego, by – niejako w zastępstwie samego wiersza – odpowiedzieć na potrzeby (emocjonalne, plotkarskie etc.) potencjalnego czytelnika, by wygenerować sympatię do „własnej osoby autorskiej”, czy raczej – pozostając blisko wiersza – ma funkcjonować jako kontekst czy autorski przypis do lektury. Ta druga sytuacja rzecz jasna prawdopodobnie będzie często oddalona od wyjściowego pojęcia „prywaty”, mniej naiwnie konfesyjna – nie znaczy to jednak, że będzie od pozycji, sytuacji i wyznań osoby autorskiej zupełnie odcięta. Całe to rozróżnienie kieruje nas rzecz jasna do napięcia miedzy towarem a znaczeniem, które za Nicolasem Brownem doskonale zrekonstruował Łukasz Żurek w polemice z Dawidem Kujawą[6]. Znaczy to ni mniej ni więcej, że prywata może zarówno być używana, jak i znaczyć, z czego to drugie jest dla nas pożądaną czy akceptowalną sytuacją, to pierwsze zaś – przedmiotem krytyki (co doskonale widać w tekstach Kaczmarskiego i Nowackiej).

Kiedy więc skupiamy się na praktykach wydawniczych żerujących na prywacie, nie mamy wątpliwości, że służą one utowarowieniu: wiersza, opowieści o nim, prywatnej narracji osoby autorskiej. Niekiedy twórcy poddają się tym mechanizmom (i nie mnie ich oceniać, patrz: wstęp tego tekstu), niekiedy zaś przechwytują konkretne wydawnicze formuły do tego, by działać na rzecz swoich projektów literackich. Granica zaś jest tutaj bardzo cienka i nie da się jej arbitralnie zaznaczyć – każdy taki komunikat należy konfrontować z rolą, jaką może odgrywać w interpretacji tekstu.

Na koniec wspomnę jedynie o innym (jak sądzę, adekwatnym) kontekście tych rozważań, mianowicie o sieciowości komunikacji, w której przyszło nam się poruszać. W rozróżnieniu między prywatą i nie-prywatą nie pomagają nam dzisiaj nawet dystynkcje gatunkowe czy oddzielanie kanałów komunikacji. Polska Bibliografia Literacka notuje jako „polemiki” miniaturowe ramki tekstowe z „Przekroju” na dokładnie sześć zdań[7], a pokaźne krytyczne dyskusje na Facebooku rodzą się i umierają, pozostawiając po sobie jedynie trudności archiwizacyjne i bibliograficzne. Zawieszeni we wtórnej oralności mediów społecznościowych, mamy nierzadko wrażenie, że pisząc komentarz, dzielimy się luźną myślą – zupełnie jakbyśmy rzucili dwa zdania w stronę znajomego, stojąc z nim na papierosie. Zapominamy o mnogości odbiorców tego komentarza, o jego stabilnej, zapisanej formie. Nie myślimy o tym, że takie komentarze mogą być potem cytowane przez literaturoznawczynie na metakrytycznych konferencjach naukowych. I nie mamy chyba wciąż odpowiedzi na śmiesznie brzmiące pytanie: czy post na feju powinien być przedmiotem refleksji krytycznej?

Zdaje się jednak, że trudność w ustalaniu tych granic – między towarem a znaczeniem, między wypowiedzią prywatną a krytycznym czy literackim statementem – nie świadczy o ich płynności. Świadczy raczej o konieczności każdorazowego wnikliwego przyglądania się realizacjom. Radosław Jurczak powiedział kiedyś w krótkiej rozmowie ze mną podczas premiery „KONTENTu”” „<<ja>> nie jest w ogóle ciekawe. Ciekawy jest świat”. I chyba właśnie to rozgraniczenie – choć trochę zmiękczone obserwacją, że „ja” znajduje się wewnątrz świata, jest jego elementem – może wyznaczać nam horyzont oczekiwanej wypowiedzi. Takiej, w której punktem dojścia będzie świat, opowieść o nim, znaczenie.


[1] Sonia Nowacka, Zaspani dystrybutorzy prestiżu, „8. Arkusz Odry”, http://8arkusz.pl/index.php/2021/10/13/sonia-nowacka-zaspani-dystrybutorzy-prestizu/.

[2] Antonina Tosiek, Jak przestać się oszukiwać; poradnik, „8. Arkusz Ordy”, http://8arkusz.pl/index.php/2021/10/13/antonina-tosiek-jak-przestac-oszukiwac-poradnik-09-2021/.

[3] Maciej Woźniak, Dwoje poetów w trzech osobach, „Wakat”, http://wakat.sdk.pl/dwoje-poetow-trzech-osobach/.

[4] Anna Adamowicz, Kukułcze jajo poezji. Opis przypadku, „KONTENT” 4/2018.

[5] Maciej Woźniak, Dwoje poetów…

[6] Łukasz Żurek, Wiersz i gumowa kaczka. Polemika z Dawidem Kujawą, „Mały Format” 4-6/2021, http://malyformat.com/2021/07/wiersz-i-gumowa-kaczka-odpowiedz-dawidowi-kujawie/

[7] Myślę tu co prawda o konkretnym tekście, czyli o miniaturowym komentarzu Janusza Nowaka …bo alkoholik wiele w sobie ma z „Przekroju” 46/2000, pomyślanym jako polemika do – także niezbyt obszernej – recenzji Pod mocnym aniołem Jerzego Pilcha, napisanej przez Jerzego Jarzębskiego. Owa „polemika” liczy dokładnie sześć zdań i jest raczej zaczepnym komentarzem, aniżeli faktycznym sprzeciwem. Zakładam, że tego typu przykłady można by mnożyć – takie wypowiedzi są notowane w wykazach bibliograficznych ze względu na fakt, że ukazały się w prasie tradycyjnej.


Zuzanna Sala (ur. 1994) – doktorantka Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach programu literaturoznawstwo. Redaktorka kwartalnika literackiego KONTENT, współzałożycielka fundacji o tej samej nazwie. Publikowała teksty krytyczne w „Odrze”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, „bibliotece”, „ArtPapierze”, „Wakacie”, „Wizjach” i „Nowym Napisie”.

Paweł Kaczmarski – Konno na wysypisko [rec. Filip Matwiejczuk, „Różaglon”] (11.2021)

Różaglon Filipa Matwiejczuka to niewątpliwie debiut wyczekiwany przez wielu czytelników poezji współczesnej, zwłaszcza tych wsłuchujących się w głosy najnowsze i osobne. O twórczości młodego autora rozmawia się w kuluarach życia literackiego od jakiegoś czasu – dał się poznać jako twórca obyty w historii literatury i filozofii, a jednocześnie wyczulony na bardzo współczesne rejestry polszczyzny. Czekający na debiut Matwiejczuka nie będą zapewne Różaglonem rozczarowani. To dobra książka, zawierająca niemałą liczbę bardzo udanych wierszy – co więcej (a może przede wszystkim), to na pewno książka wyjątkowo ciekawa, dowodząca sprawnego warsztatu i dużego oczytania autora, pozostawiająca czytelnika z wieloma palącymi pytaniami i problemami do rozważenia.

Jest to również książka nierówna – i od tego, może nie do końca sprawiedliwie wobec Matwiejczuka, chcę zacząć, by odhaczyć temat i jednocześnie powiedzieć coś o kompozycji tomu. Wiersze pomieszczone w Różaglonie można by rozmieścić na osi opisanej umownie „teoria-obrazowość”. Po jednej stronie znajdziemy utwory stanowiące w zasadzie zwersyfikowaną refleksję filozoficzną, uzupełnioną odniesieniami politycznymi czy historycznymi. Filozofia to oczywiście szczególnego rodzaju – spod znaku Deleuze’a i realizmu spekulatywnego, do tego stawiająca w centrum problemy (nie)tożsamości, podmiotowości (bądź jej niemożliwości), zmysłowego istnienia w świecie etc. – tym niemniej Matwiejczuk proponuje tu coś dużo bardziej abstrakcyjnego niż wiersze z przeciwnej strony osi: utwory surrealne, groteskowe
i klaustrofobiczne, często (zdaje się) podbudowane biograficznie, nastawione na plastyczne przedstawienie jakiegoś przeżycia, doświadczenia czy zdarzenia.

Oczywiście, te biegunowe dykcje niekoniecznie wykluczają się wzajemnie;
w wielu wierszach Różaglonu przecinają się raczej, mieszają i splatają ze sobą. Tym niemniej co do zasady trudno nie zauważyć, że im bardziej otwarcie Matwiejczuk filozofuje, tym mniej interesujący okazuje się gotowy wiersz. Zwłaszcza rozważania o ciele/organach/tożsamości, gdy wyjąć je z konkretnej sytuacji i uabstrakcyjnić, okazują się w najlepszym wypadku mało nowatorskie (zob. np. „Serce”), w najgorszym zaś pozbawione celu i literacko wtórne, jak w niezatytułowanym utworze ze strony trzynastej:

Płeć i mózg charakter i tożsamość to nie jedna gałąź
            Płeć i mózg charakter i tożsamość
To nie jedna gałąź płeć i mózg charakter i tożsamość
            To niejedna gałąź płeć i
            Mózg charakter i tożsamość

To nie jedna gałąź płeć i mózg charakter i tożsamość
            To nie jedna gałąź płeć i mózg
Charakter i tożsamość to nie jedna gałąź płeć i mózg
            Charakter i tożsamość to
            Nie jedna gałąź płeć i mózg

To Matwiejczuk dużo słabszy niż ten od dziwnych, surrealnych zapisów
w rodzaju (słusznie docenionego w posłowiu autorstwa Piotra Janickiego) „Wstępu do późniejszych elegii”:

Jechałem wczoraj konno na wysypisko
Po czterech godzinach snu. Czułem takie
Mdłości mózgu jak zwykle po niewyspaniu
W gorący letni dzień. Mój koń śmierdział octem,
Bo wczoraj jedliśmy ogórki z solą
I octem. Pochlapał się przy polewaniu.
Piliśmy trochę (no tak, jeszcze ten kac,
Nie za duży, ale z nim mózg bardziej
Skwierczy w taki dzień). Gdy dotarliśmy,
Koń zatrzymał się, pokiwał głową
Trzy razy i położył się spać. A ja
Poszedłem w głąb wysypiska, żeby znaleźć
Utraconą elegijność (i ogóreczki).

Nie znaczy to absolutnie, że Matwiejczuk radzi sobie po prostu tam, gdzie wchodzi w rejestry osobiste, konfesyjne czy autobiograficzne. „Winstanley”, dedykowany ważnemu działaczowi lewicy Michałowi Kołodziejczakowi, to ciekawy i w nieoczywisty sposób mroczny utwór o życiu i politycznej wizji Gerarda Winstanleya; z drugiej strony „Brecht”, chociaż umieszcza nas w jednym pokoju z narratorem, proponuje dość oczywistą (i jakby niedokończoną?) krytykę nowoczesnej państwowości.

Może należałoby więc raczej powiedzieć, że Różaglonowi służy, gdy autor wymusza na sobie dystans do właściwego tematu wiersza. Tu zahaczamy już o coś, co stanowi naraz najmocniejszą stronę książki i być może jej najsłabszy punkt. Jeśli czytać debiut Matwiejczuka jako całość – szukając wspólnych mianowików, autorskich zamiarów czy zainteresowań spinających poszczególne wiersze w jeden tom – to na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim to, co młody poeta ma do powiedzenia o pewnej współczesnej i pokoleniowej kondycji; o trudnej do nazwania mieszance alienacji, prekarności, autoironii i depresyjnych lęków. Matwiejczuk w bardzo sugestywny, plastyczny sposób daje nam wgląd w perspektywę samoświadomego, dysponującego wieloma narzędiami autoanalizy „piwniczniaka” – przez tę perspektywę mówi zaś o szerszych zagadnieniach, o poczuciu nacisku ze strony różnych instytucji (państwowych, edukacyjnych), o skomplikowanej relacji tożsamości do cielesności, o roli narkotyków w kapitalizmie, o aktualności Nietzschego… W wierszu „Thingies” widzimy – jakby w czasie rzeczywistym – jak potok myśli narratora, obejmujący wszystko od krytyki chrześcijaństwa i kapitalizmu po narzekanie na nieudane życie intymne, odkształca się pod wpływem nagłego zastrzyku serotoniny; w „Śniegu i soku” zwięzły i obojętny ton poety oddaje coś z klaustrofobicznej kondycji jego pokolenia:

(…) Jestem jak trumna,
W którą można wsadzić wszystkie
Trupy i nazwać to edukacją.

Pojawiam się, gdy pomyślę, że
Jestem i znikam, gdy coś robię.
Włączam komputer na moment

I wyłączam go przed czwartą,
Mówiąc sobie z wyrzutem, że
Jestem. (…)

Tego rodzaju momenty – czy to znajdujące wyraz w zdawkowych konstatacjach, czy też rozpędzone, ekstatyczne – stanowią niewątpliwą mocną stronę książki Matwiejczuka, pozwalają mu popisać się wycyzelowanym warsztatem, formalną biegłością i niewątpliwym oczytaniem. Gdzie więc znajdziemy ów wspomniany słaby punkt? Wracamy do kwestii dystansu: w wielu miejscach trudno powiedzieć, na ile poeta ową wyjściową kondycję komentuje, a na ile wyłącznie daje jej wyraz; innymi słowy, czy Różaglon należy czytać jako świadectwo pewnej perspektywy – czy jej krytykę. Stąd wynika pewien niedosyt pozostający po lekturze. Czytelnik chciałby myśleć, że na przykład skomplikowany stosunek poety do narkotyków – jednoczesne fascynacja i obrzydzenie – czy własnego ciała – stała negocjacja między pragnieniem płynności a potrzebą (chyba? Jakiejś?) stabilności – zostanie jednak wyraźnie przepracowany, ujęty w jeszcze szerszy problemowy horyzont, pociągnięty w stronę jakiejś prowizorycznej, nieostatecznej konkluzji… Takich konkluzji jest jednak w Różaglonie niewiele. Czasem wydaje się, że Matwiejczuka interesuje raczej punktowanie samych niepokojów i dylematów niż poszukiwanie ich źródeł.

Trudno czynić z tego jednak poważny zarzut wobec debiutanckiego tomu. Podkreślmy na wszelki wypadek: to bardzo dobra, intensywna, brawurowo poprowadzona książka, zupełnie niesłusznie pominięta w sezonie nagrodowym. Nawet jeśli w czytelniku Różaglonu może na pewnym etapie obudzić się poczucie niedosytu, to trudno oczekiwać od autora, że w swojej pierwszej książce nie tylko postawi ciekawe pytania, ale też przekonująco na nie wszystkie odpowie. Wątpliwość dotyczy raczej tomów dopiero nadchodzących. Po Różaglonie można i należy od Matwiejczuka wiele oczekiwać, ale jego rozwój jako poety wydaje się uzależniony od tego, czy nabierze krytycznego dystansu wobec samego siebie, wobec miejsca, z którego napisał debiutancką książkę.

Filip Matwiejczuk, Różaglon, Kraków: Fundacja Kontent 2020.

Karol Maliszewski – Wiersze (11.2021)

Dane do wierszówki. Ze wspomnień redaktora

                                                   Pan Maliszewski ocenia wszystkie nadesłane wiersze, 
czy krytyki dostępują tylko te umiarkowanie złe?
                                                                                                                            Hella Bertz

Emocje
sięgają kokpitu, kapitanie.

Pani urodziła promień,
mieszcząc się w granicach,

przed chwilą dowiedziałem się
z ekfrazy dotyczącej „Danae” Klimta,
że cipka może być tłusta,
jakże to burzy wyobrażenia
o madonnach bez zbędnego grama.

Pani urodziła w promie,
mieszcząc się w granicach,
a po ekscytacji pora na konfesję
[tu niewyraźne,
ale nie zatarte ahoj,

a może eheu].

Pani urodziła, Ronie,
możesz przekazać Voldemortowi,
że będzie miał dziedzica.


Galeria postaci. Nowa Ruda

1

Być sławnym jak aptekarz
C., trzy razy wygrał
„Wielką Grę”,

za każdym razem z innej
dziedziny, ten ma łeb,
mówiono,
nasza duma,

widziałem, jak pił
z moimi braćmi w „Robotniku”.

2

Nie ma już „Robotnika”,
braci, aptekarza,

a ja nie piję,
bo kto to widział,

sam ze sobą.


Na końcu

Miałem na końcu, na końcowym przystanku,
ale autobus nie zatrzymał się mimo
wystawianej ręki, a potem języka.

Na nic było nasze wystawianie się na cel,
na gwizd spiskowców w trawie.
Do czego zagrzewali tym razem?

Oddajemy się muzyce, żeby wyłączyć bieg.
Nic się nie chciało powstrzymać od ciosów.
Nic biło i patrzyło, czy boli.

Nic widziało, jak się słaniamy i było
mu dobrze. Więc nic jest facetem?
Ach, ten patriarchat. Sięga już nicości.


Jak zostać

Jak zostać widzącym
po tylu operacjach oczu,
po tylu naciskach na gałki
ze strony nie wiadomo kogo,

jeśli nie wiadomo o kogo chodzi,
to pewnie o boga
bądź jego wyobrażenie,

jak zostać piszącym
po tylu słownych operacjach,
spektakularnych przebiegach na pusto,

jak zbliżyć się do prawdy
(ubierającej się za zasłoną
na pierwszą randkę),
ale tak, żeby potem nie mieć
jej rodziców ani rodzeństwa na głowie;

jeden naprawdę piszący zaginął,
drugi podaje się za kogoś innego
w psychiatryku,

pogłoski o trzecim okazały się
przesadzone.


Lustro

Lustro, chwila twojego
zagapienia kosztowała
niewiele: starzec
w przebraniu ze zwiotczałej
skóry, który gra w cudzej łazience
rolę klowna,

okazał się mną;
choć nikt nie pytał,
nie ustalał warunków umowy.

Nie martw się lustro,
ostatnio słyszałem na ulicy
coś, co może odegrać rolę
pointy (lecz nie przyniesie ulgi
żadnej ze stron):

„Nie ma strachu
w naszym piachu”.


Kamil Kawalec – Wiersze (11.2021)

sto autostrad

scenariuszy do filmów o tunelach 
jest więcej niż ci się wydaje

powiedzmy że hulajnogerzy ścigają się przez most 
obserwuję ich trasę wybiegam w przyszłość
jest zimno 
jeden z dronów wplątuje się we włosy dziewczynki
albo silnik samolotu spada na dach domu 
nauczyciel staje się przestępcą a medium sypia przy drodze
w kostiumie królika Helena huśta się w parku linowym



portret z pamięci / skok w nadprzestrzeń

Kapitan Pike wyrusza w kosmos
w skafandrze sygnowanym logotypem marki Vizir.

światło to dzisiaj przeszłość
dzisiaj jest matrycą rozrzuconych punktów

zaledwie vortexem fraz złapanych za mikro stópkę mikro rączkę
machają do mnie
skróty z pamięci, znaczy… chyba to już gdzieś czytałem? 
szybka diagnostyka sieci wykazała: jestem sensorycznie spłukany  

·     Materio przynieś chleba!
·     Nie mam w czym pójść do sklepu. 

wracam z niedorenderowanym chlebem



kolejny rok w tym jebanym kinie 

oglądam transmisję jeszcze niewymyślonej dyscypliny sportowej 
w koszulce zabarwionej kolorem innego miasta 
przy pomocy ledwie wyobrażalnej technologii
na urządzeniu o którym dopiero można przeczytać w najnowszym Times’ie
oje problemy czekają rozwiązań psychologów nowej generacji



srebrny metalik  // 1

im się wydaje że kręcę porno

a to obrazek nagiego buddy

zapierdala lewym pasem wiersza 



Kamil Kawalec – poeta. Ab­sol­went kul­tu­ro­znaw­stwa na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim. Współ­twór­ca gru­py ŻÓŁĆ, two­rzą­cej na prze­cię­ciu elek­tro­nicz­nej mu­zy­ki im­pro­wi­zo­wa­nej i po­ezji. Opracował i zredagował Reguły gry. Antologię młodej poezji wrocławskiej 2020.

Rafał Skonieczny – Wiersze (11.2021)

***

Człowiek, który miał coś powiedzieć o człowieku
Człowiek, który zasnął ze wzwodem wymierzonym w chmury
Człowiek, który uspokajał się tylko na równinie
Człowiek, którego przerosła rzeka
Człowiek, który nigdy nie pił
Człowiek, który nie mógł przestać pić
Człowiek, który panicznie bał się wind
Człowiek, który przyszedł się wypisać
Człowiek, któremu z teczki wypadły formularze śmierci
Człowiek, który w porę nie zatrzymał złożonych do huku dłoni
Człowiek, któremu nikt nie ginął, prócz zwierząt
Człowiek, który w wagonach towarowych szukał niedosiężnej poezji
Człowiek, który ostatnie, co zobaczył, to przeszklone oczy pociągu
Człowiek, który lubił noc białą od śniegu
Człowiek, który lubił wiersz prosty jak dym
Człowiek, który marzył, żeby być dozorcą, a dorwali go za biurkiem
Człowiek, który płakał tylko raz
Człowiek, który pragnął wiarygodnych świadectw
Człowiek, któremu wystarczyło jedno słowo, żeby zostać
Człowiek, który przebaczył rodzicom
Człowiek, który sprzeciwił się matce
Człowiek, który potrzebował tysiąca potwierdzeń, żeby sobie zaprzeczyć 
Człowiek, który jadł orzechy na Rynku w czasie deszczu
Człowiek, o którym mówiono, że przynależał
Człowiek, który tylko się przysiadł
Człowiek, który zemdlał dzierżąc sztandar
Człowiek, który przystanął, żeby wyjąć żabę zza kratki ściekowej
Człowiek, którego kraty czyniły wolnym
Człowiek, który posiadał jedyny klucz
Człowiek, który otwierał drzwi przed wschodem słońca
Człowiek, który zawsze był przed innymi
Człowiek, który do śmierci czekał na swoją kolej
Człowiek, który tyldą chciał rozprawić się z człowiekiem
Człowiek, który odpoczywał w zagłębiu czterech wyznań
Człowiek, który nigdzie nie zagrzał miejsca
Człowiek, który mógł wrócić do domu
Człowiek, który na Ruskiej kupił Przemiany za bezcen
Człowiek, któremu chodziło tylko o szybką ćwiartkę i bagietkę
Człowiek, który po pijaku pięknie mówił o Szymborskiej
Człowiek, który drżał przed spotkaniem z pijanym człowiekiem  
Człowiek, który poznał odpowiedź i odszedł
Człowiek, który wracał do domu zawsze sam
Człowiek, który w każdym mieście trafiał do hotelu na ślepo
Człowiek, który budził się gwałtownie na pięknym kacu
Człowiek, który mógł odsłonić nadgarstki tylko za zamkniętymi powiekami
Człowiek, który spał na przydzielonym łóżku
Człowiek, który zabłądził w przypadkowym wersie
Człowiek, który buty zdejmował zawsze w przedsionku
Człowiek, który nie mógł znieść kolejnego lata w mieście
Człowiek, który dotykał swoich ust zawsze, gdy się zakochiwał
Człowiek, który nigdy nie przestał kochać swoich byłych
Człowiek, który do śmierci pozostał były
Człowiek, który nigdy nie zdradził
Człowiek, który nieomal udusił się z rozpaczy
Człowiek, który przywiązywał się do strat
Człowiek, który nigdy nie całował widm
Człowiek, który nie zapomniał pierwszego dotyku
Człowiek, którego uratowała czarna bluza z kapturem
Człowiek, do którego nie zapukano na czas
Człowiek, którego ominęła nagroda
Człowiek, który zestarzał się w otoczeniu trofeów
Człowiek, który zestarzał się, kochając bez wzajemności
Człowiek, który przesypywał piach ze zgliszcz kościołów
Człowiek, który nie przestał palić, mimo dziurawych płuc
Człowiek, który w jednym zdaniu chciał zadzierzgnąć świat
Człowiek, który ścianki działowe stawiał z książek
Człowiek, który nigdy nie odpisał na list
Człowiek, który otworzył oczy i zobaczył, że śni
Człowiek, który bardzo długo jechał
Człowiek, którego przerażały łzy
Człowiek, który odwodnił się, łapiąc stopa
Człowiek, który wszystko przepisywał od nowa
Człowiek, którego nie zrozumiano
Człowiek, który był niemożliwy
Człowiek, który cofnąłby wszystko, gdyby tylko mógł
Człowiek, który wolał nie wiedzieć
Człowiek, który zwariował z pragnienia poznania wszechrzeczy
Człowiek, który zwariował ze strachu
Człowiek, którego pochowano bez imienia
Człowiek, który dostał imię, chociaż się nie urodził 
Człowiek, któremu zawsze brakowało pieniędzy
Człowiek, który w niczym nie był dobry
Człowiek, który nie słyszał muzyki tylko krzyk
Człowiek, który mógł mieszkać byle gdzie
Człowiek, który dostał wszystko, kiedy nic już nie chciał
Człowiek, który był pierwszy i odszedł niezauważony
Człowiek, który żył wyobrażeniem o samym sobie
Człowiek, którego sobie wymyślono
Człowiek, który był niemożliwy do wyobrażenia
Człowiek, któremu się wydawało, że go rozpoznają na ulicy
Człowiek, któremu się wydawało, że nie istnieje
Człowiek, który myślał, że to tylko test
Człowiek, który zamilkł, bo powiedział już wszystko
Człowiek, którego porzucono i tak już został
Człowiek, który porzucał bez wysiłku
Człowiek, który zanegował człowieka
Człowiek, który nie potrafił się opanować
Człowiek, który chciał iść we wszystkich kierunkach na raz
Człowiek, który myślał, że zaraz się obudzi
Człowiek, który wysiadł na postoju i znikł
Człowiek, który nie powrócił


Rafał Skonieczny – poeta i muzyk. Wokalista i gitarzysta Hotelu Kosmos. Ostatnio opublikował tomiki: Antologia hałasu (2016), Jestem nienawiść (2018), Duża muzyka (2019).

Aleksandra Sobańska – UWAŻNOŚĆ ALBO BLISKOŚĆ DALEKIEGO [rec. M. Lebda „Mer de Glace”] (11.2021)

Małgorzata Lebda zdążyła już przyzwyczaić czytelników swoich wierszy do pewnych charakterystycznych motywów. W poprzednich tomach, zebranych w Sprawach ziemi, nieustannie przewijały się tematy cielesności, natury, śmierci i skomplikowanych związków łączących ludzi ze światem. Tym razem autorka postanowiła jednak sięgnąć po inny niż dotychczas język poetycki i pozornie zupełnie nowy temat. Mer de Glace miało stać się nowym początkiem.

Mogłoby się wydawać, że niewiele się zmieniło. Poezja Lebdy wciąż jest zwięzła i oszczędna, kolejne wersy są jak błyski flesza, jak chwile, gdy coś staje się na moment widoczne, nim znowu zniknie w mroku. Wiersze, a zarazem cały tom, sprawiają przez to wrażenie próby starannego ułożenia pełnej panoramy z kilku zdjęć. Mimo to nie można zarzucić fotografowi braku starań czy kompetencji. Problem leży raczej po stronie uwiecznionego obrazu, zbyt złożonego, by oddać go w całości. Czytelnik musi sobie radzić z urywkami, a ogrom tego, co nieobecne, pozostaje w sferze jego wyobrażeń. Autorka próbuje go w tym wesprzeć, stosując przerzutnie, którymi chętnie operowała również w poprzednich tomach, a które pozwalają myślom odnaleźć nieuchwycone fragmenty panoramy.

Dzisiaj było niespokojne. Przed ruchem należy je nakarmić,
zapytać, jak spało i dlaczego tak krótko. Jeśli jest nakarmione,
bywa posłuszne. Bywa też nie. Jeśli to drugie, to zazwyczaj
zwiastuje niedobory witamin z grupy de lub zimno,
które rozkwitnie o tu (na dolnej wardze).

W przywołanym wierszu, zatytułowanym Z ciała: cztery, właściwie w każdej frazie czytelnik na chwilę zatrzymuje się i rozwija kolejne sensy, ale utwór wciąż się wyślizguje. Lebda nie obala interpretacji, po prostu podsuwa znaczenia, czasem oczywiste, a przez to, paradoksalnie, tym bardziej zaskakujące. Widać to na przykład w trzecim wersie, w którym przez krótką chwilę ma się wrażenie, że słowa „to zazwyczaj” odnoszą się do nieposłusznego ciała, do jego buntu, będącego stanem częstszym niż posłuszeństwo. Autorka jednak szybko podąża w inną stronę, zaczyna usprawiedliwia organizm niedoborem witamin, okazuje troskę, zrozumienie. To nie jest zwykła odmowa, a wołanie o pomoc. Cała sztuka polega na dostrzeganiu sygnałów, na uważności.

Ciało jest jednym z głównych motywów w poezji Lebdy, stale zestawianym z otaczającym je światem. W składającym się z sześciu rozproszonych w książce utworów z cyklu Pory miejsc przebijają się kolejne doświadczenia bohaterki tych wierszy. Wszystkie ulotne – zakreślone jedynie kilkoma słowami i oddzielone średnikami – tworzą coś w rodzaju dziennika z każdej z pór roku. Widać w nich szczególną wrażliwość autorki na otaczający ją świat. Z drugiej strony, te kilka wierszy zdaje się przeciwwagą dla serii liryków, których tytuły zaczynają się od słów Z ciała. Pierwszy z wymienionych cykli opisuje intensywne doznania pochodzące z zewnątrz, formalnie bliższy jest prozie, pełnej wyliczeń i pozbawionej eksplikacji; drugi – w pełni poetycki – skupiony jest na cielesności i zwykle wyczerpuje się na jednej konkretnej sytuacji. Pory miejsc są jednak ostatecznie raczej porami w skórze świata, mikroszczelinami, które odprowadzają jego produkty czy też dostarczają je na zewnątrz, a w tym wypadku także do wewnątrz – do ciała. O ile w poprzednich tomach podmiotka wydawała się dopiero szukać połączenia ze światem, odkrywać więzy, o tyle
w Mer de Glace jest już ich (chyba) świadoma, a czasem czytelnik możne wręcz zapomnieć o ciele i skupić się jedynie na tym, co zewnętrzne względem bohaterki.

Adam Dziadek w Projekcie krytyki somatycznej pisał między innymi o myśli Richarda Shustermana, którą hasłowo nakreślił w następujący sposób: zwrot somatyczny jako wyraz potrzeby znalezienia stabilnego punktu odniesienia w gwałtownie zmieniającym się świecie; jako reakcja obronna przeciw uniformizacji, ciało jest traktowane z religijnym namaszczeniem, ale z dala od samej religii; zwrot somatyczny jako część zwrotu estetycznego we współczesnej kulturze; kryzys ewolucyjny – konieczność przemyślenia naszego stosunku do nas samych i do otaczającego nas świata, troska o ciało (R. Shusterman, Performing Live, Ithaca 2000).

Podobny sposób myślenia bez trudu można odnaleźć również w wierszach Lebdy, co jasno wskazuje, że autorka nie zapomina o ciele. Nie można się dziwić, skoro sama przyznaje, że odkąd biega ultramaratony, stało się ono jej obsesją. Każdego dnia uświadamia sobie, jak jest kruche, ile wymaga opieki i uwagi. Ta aktywność fizyczna poetki wydaje się szczególnie ważna dla książki, bo tym, co różni Mer de Glace od poprzednich tomów, jest właśnie spojrzenie na ciało. Podmiotka nie jest już dziewczynką, która dzięki niemu określa swój związek z naturą i w ten sposób „konstruuje” siebie, a kobietą, która dostrzega wielkość i różnorodność świata. Dlatego na nowo nakreśla kontury domu, próbuje oswoić wielkie nieznane poprzez wysiłek swojego ciała, a równocześnie – świadoma niebezpieczeństw – skupia się na nim o wiele bardziej niż wcześniej, traktując je niemal jak osobną istotę, dbając o jego potrzeby, stale pamiętając o jego kruchości i konieczności opieki nad nim. Oczywiście wątki związane z delikatnością ciała można odnaleźć już w poprzednich tomach, ale w Mer de Glace chyba po raz pierwszy tak mocno wybrzmiewa jego autonomia.

Równocześnie jednak konsekwencją tego w najnowszym tomie jest rozszerzanie się przestrzeni poza to, co znane i bliskie. Zaczynają pojawiać się inne miejsca, inne światy, inne problemy. Podmiotka już w pierwszym wierszu rozbija dobrze znaną z poprzednich tomów narrację, pozostając jednak (przynajmniej w pierwszych utworach z książki) w swoim mikroświecie:

Ranki tu, w wilgotnej dolinie, są dobre, o końcu świata,
który trwa, przypominam sobie nieczęsto, są bowiem sprawy
ważniejsze: zażyć rano tabletkę euthyoxu, umieścić ćwiartkę
doxybactinu w pyszczku kota. I jeszcze: nakarmić psy,
opowiedzieć psom sen, wyprowadzić psy.

Ranki tu są dobre, spokojne, ciągną się do samej nocy.

Ostatni wers rozwiewa wszelkie wątpliwości, jeśli jakieś jeszcze pozostały, co do atmosfery życia w tym miejscu. To przestrzeń leniwa, spokojna, sielska, umożliwiająca skupienie na tym, co codzienne, wyolbrzymiająca drobne konieczności do rangi najważniejszych zdarzeń. A jednocześnie w wierszu pojawiają się oniryczna baśniowość zaprawiona grozą, noc i psy – przyjazne i groźne zarazem. O końcu świata, który trwa, przypominam sobie nieczęsto – nieczęsto, ale należy zwrócić uwagę, że czasem to, co faktycznie groźne i ważne, w jakiś sposób otrzymuje swój głos, powraca, nie jest zupełnie wyciszone. Podmiotka zdaje sobie sprawę, że to, co odległe, również ma znaczenie i wpływ na jej codzienność. Chociażby dlatego, że przynosi niepokój.

Lebda oswaja jednak i indywidualizuje każdą, nawet najbardziej odległą rzeczywistość. Być może właśnie dlatego tom bierze tytuł od Mer de Glace, najdłuższego lodowca we Francji – symbolu globalnego ocieplenia, zmian klimatycznych, ale jednak wciąż stosunkowo bliskiego w tym abstrakcyjnym dla przeciętnego człowieka temacie. Poetka w rozmowie z Justyną Sobolewską wspomniała, że obserwowanie umierającej na raka matki wpłynęło na jej życie i sposób postrzegania własnego organizmu. Choroba spowodowała bowiem, że kobieta z czasem traciła ciało, stawała się skórą i kośćmi. Lodowiec również traci masę, topi się, powoli zmniejsza swoją powierzchnię. Być może ta analogia sprawia, że sama katastrofa przestaje być wyłącznie szumnym tematem w mediach, jest bliższa i codzienna; to już nie problemem polityków, a coś, co możemy odnaleźć we własnym świecie.

Tytuł tomu oraz nieustannie powracający temat ciała, jego nieposłuszeństwa, ale też pewnej bezradności ludzi i ciemnej strony postępu, nasuwają inne skojarzenie. We Frankensteinie Mary Shelley spotkanie Victora i Monstrum odbywa się właśnie na Mer de Glace. W pierwszym odruchu naukowiec porzuca swoje „dzieło”, ale tutaj po raz pierwszy ma okazję je poznać, wysłuchać jako osobnego, niezależnego od siebie bytu, podjąć racjonalną decyzję. Wybór
w powieści okazuje się tragiczny, a Monstrum ostatecznie niszczy życie Frankensteina, który już nie ma dokąd uciec. Można spekulować, co by było, gdyby Victor wcześniej przerwał pracę lub szybciej stawił czoła potworowi. Tendencja do zrzekania się odpowiedzialności za wywołane problemy cechuje ludzkość od zawsze. Kiedyś Monstrum stanie naprzeciwko nas i pokaże coraz bardziej kurczący się Mer de Glace. Wtedy jednak może już nie być ratunku i pozostanie nam tylko zanucić: „przepięknie jest i tylko tlenu brak”. Poetka swoją książką zabiera głos, próbując w porę ostrzec czytelnika.

Lebda nie każe przejmować się problemami całego świata, skupia uwagę na tym, co codzienne – na ciele, drobnych obowiązkach, przyjemnościach, porach roku, miejscach, ludziach; na wszystkim tym, co znane i obecne w życiu każdego. Równocześnie jednak wykorzystuje swój głos, by pokazać, że istnieje coś więcej. Nie pisze poezji, która krzyczy i oskarża, a wskazuje powiązania i uświadamia, że można skupić się na sobie, ale należy pamiętać, że istnieją mikroszczeliny, które wymuszają wzajemne oddziaływanie między tym, co wielkie, i tym, co małe.

Małgorzata Lebda, Mer de Glace. Warstwy, Wrocław 2021


Aleksandra Sobańska – studentka filologii polskiej we Wrocławiu

Sonia Nowacka – ZASPANI DYSTRYBUTORZY PRESTIŻU (10.2021)

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Zarówno tekst Antoniny Tosiek Jak przestać się oszukiwać w poprzednim wydaniu ÓSMEGO ARKUSZA ODRY, poprzedzający ten mój głos, jak i niedawna wymiana zdań, która miała miejsce pod facebookowym postem Jerzego Jarniewicza[1] oraz ostatnia dyskusja zainicjowana przez Biuro Literackie[2] udowadniają, że mówiąc o krytyce, wpadamy w pułapkę nieustannego zaznaczania i pokornego tłumaczenia, skąd dobiega nasz głos. Nie sądzę jednak, by można było produktywnie rozmawiać, kiedy debata ześlizguje się nieustannie w konflikty poetów z krytykami, krytyków z krytykami, poetów z kapitułami nagród. Merytorycznej krytyki chcemy wszyscy, tak jak chcemy dobrej poezji, ale do uprawiania jednego i drugiego potrzebne są sprzyjające warunki. A warunki są na ten moment nierozerwalnie związane z koniecznością przemyślenia sposobów działania poezji wobec mechanizmów wolnego rynku.

Głównym celem tekstu Tosiek, jak rozumiem, jest wskazanie pewnej korelacji w zjawiskach „prestiżu” debiutu i jego środowiskowego umocowania. Trudno z tym polemizować, bo zamiast argumentacji, od której rzeczywiście można by się odbić w dyskusji, Tosiek proponuje swoją osobistą perspektywę i sposób patrzenia na pewne środowiskowe relacje. Diagnozowanie problemu przez pryzmat indywidualnej oceny środowiska oraz przychodzenie z „osobistą” perspektywą rozmywa właściwą dyskusję, zamiast argumentacji czytelniczka otrzymuje zbiór indywidualnych impresji, niemierzalnych, subiektywnych wrażeń.

Odpowiedź na pytanie postawione w tekście Pawła Kaczmarskiego Cóż po prywacie (ÓSMY ARKUSZ w 5/2021 numerze „Odry”) inicjującym naszą dyskusję nie będzie prosta – jak krytyka literacka powinna reagować na to, co pozatekstowe, odautorskie, kładące nacisk nie na wiersz, ale własną osobę prywatną, kiedy widzimy coraz częściej, że wiersz i autor/ka to tak naprawdę ta sama odpowiedź na potrzeby rynku? Mało tego, owo „zaznaczanie pozycji” z której się mówi, jak mieliśmy wiele razy okazję się przekonać, dotyczy w równym stopniu języka krytyki i wypowiedzi o literaturze – świadczy o tym choćby sposób, w jaki do tematu podeszła Tosiek. Są to tendencje w oczywisty sposób ze sobą powiązane i wynikają z marketingowego, lajfstajlowego podejścia do literatury jako produktu, który należy odpowiednio pokazać. Poezja musi być instafriendly w tym sensie, w jakim instagramowe edukatorki starają się mówić o złożonych problemach, zastępując ich analizę samym „doreprezentowaniem” zagadnienia. Silnie zaznaczona autorska autokreacja staje się coraz wyraźniej substytutem rozmowy o poezji.  Krytyka, która poważnie podchodzi do swoich obowiązków, będzie się od tej autokreacji dystansować, jednocześnie jej nie ignorując ani o niej nie zapominając. Przedmiotem właściwej wypowiedzi krytycznej pozostaje tekst, a wypowiedź i kreacja autorska staje się problemem dopiero wtedy, kiedy wiersz nie ma nic do powiedzenia ponad to, co gdzie indziej mówi autor. Pozostaje bowiem dodatkiem, dopełnieniem pewnego wizerunku czy tożsamościowego projektu, który sprzedaje się poprzez autora. Do tego prowadzi właśnie fetysz autentyczności, chęć rozpatrywania poezji na zasadach, które podyktował rynek. Nie jest więc do końca tak, jak twierdzi Tosiek (Żonglerka wizerunkiem nie jest niczym nowym. Nie jest też wcale bardziej nachalna niż kiedyś. Platformy się zmieniają, metody cyfryzują, stado pozostaje stadem. Ale my jesteśmy przecież od wierszy. Rozmawiajmy o wierszach), bowiem fakt, że autokreacja okazuje się elementem pierwotnym, wpływa znacząco na samą poezję, zadania, jakie się przed nią stawia oraz sposób, w jaki się poprzez nią mówi. Uważam, że wszystkie związane z krytyką problemy zasygnalizowane przez autorkę mają charakter systemowy, a nie – jak sugeruje ona sama – środowiskowy.

Pierwszym problemem, jaki nakreśla moja przedmówczyni, błędnie i jednoznacznie utożsamiając go z kontekstem środowiskowym, jest ekonomia sił. Tak, problem z niedofinansowaniem kultury sprawia, że krytycy pozostają przy uniwersytetach. Najnowsza literatura nie jest (i nie może być – przy dzisiejszym systemie punktacji i weryfikacji osiągnięć akademickich) jedynym obiektem zainteresowań krytyków. A ponieważ czas wolny jest dobrem luksusowym, recenzenci przeznaczają określoną jego na dość ograniczoną liczbę znaków, co nie pociąga za sobą żadnych korzyści, nie licząc poczucia dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku. Zarówno więc w przypadku debiutów, jak i książek autorów wcześniej publikowanych krytyka musi dokonać ostrej selekcji. Tosiek szybko znajduje klucz: Na górze stosiku lądują więc najczęściej te z poleceniami, z dorobkiem, środowiskowym wsparciem, logo znajomego wydawnictwa,

Przede wszystkim – środowisko, o którym pisze Tosiek, nie jest tak przepastne, znakomita większość wydawanych książek ukazuje się z logo znajomego [krytyczce/krytykowi] wydawnictwa, bo tych wydawnictw wcale nie ma tak dużo. Jednak tak czy inaczej nie sposób opisać wszystkich książek wydanych w zaprzyjaźnionych wydawnictwach, poleconych czy opublikowanych ze środowiskowym wsparciem. Powodem jest tu wspomniana ekonomia sił – łatwiej jest opisać książki dobre, korzystniej dla poetyckiego dyskursu rozmawiać o realizacjach ciekawych, wyróżniających się, wybitnych. Trudno jednoznacznie wykazać – myślę, że dlatego nie robi tego sama Tosiek – że dowartościowanie poszczególnych autorek i autorów wynika z uwikłań środowiskowych krytyki, a nie z wypunktowanych w większości tekstów krytycznych elementów oceny dyktowanych często sprawnym filologicznym warsztatem. Naprawdę trudno dyskutować z wrażeniami i emocjami, kiedy w grę wchodzą chociażby mierzalne elementy warsztatowe i konkretne postulaty twórcze. Dlaczego „pominięci” zostają pominięci? Z różnych względów, najczęściej jednak dlatego, że o słabych książkach najzwyczajniej nie opłaca się pisać.

Tak czy inaczej, nie do końca rozumiem, jakie zadanie stawia przed sobą Tosiek, kiedy przywołuje przykład Bosorki Kasi Szwedy. Podpisuję się oczywiście pod apelem spierajmy się merytorycznie, na wiersze, szkoda tylko, że odezwa ta pojawia się w jednym z ostatnich akapitów, po tym, jak autorka poświęca kilka tysięcy znaków na niezbyt uzasadniony i średnio uargumentowany atak na koniunkturalną krytykę i nadzwyczajną, magiczną moc środowiskowych znajomości, które koniec końców – jak stara się wykazać – przestają być ważne, kiedy poezja spotyka się z wrażliwością uczestników festiwalu: Nie oszukuj się, Droga Krytyko, nawet jeśli miałaś swoje opinie na temat opowiadania o Łemkach przy pomocy takiego właśnie obrazowania, takiej właśnie poetyki, to Twoje zdanie okazało się mało znaczące. Książka Kasi Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku; trzy duże nominacje, spora sprzedawalność (ranking najpopularniejszych książek roku na poezjem.pl), niezwykle pozytywny odbiór czytania Kasi podczas ostatniej Stacji Literatura w Stroniu Śląskim. Bosorka zadziałała. Udało jej się wyjść poza wąskie grono środowiskowych odbiorczyń, trafiła do osób z pochodzeniem łemkowskim i stała się dla nich ważna. Roboczo nazwałam to sobie „testem prawdziwego świata”.

Oczywiście, przykład Bosorki ma udowodnić czytelniczce, że owa „Krytyka” przywoływana przez Tosiek nie jest nikomu potrzebna, że poezja, która odpowiada na potrzeby czytelniczki w końcu sama sobie znajdzie odbiorcę i wygodnie umości się w polu. Ale jest to argumentacja nad wyraz niespójna i niekonsekwentna – skoro książka Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku i świadczą o tym trzy duże nominacje, to kto zasiada w kapitułach tychże nagród? Skoro czytanie Szwedy było pozytywnie odebrane podczas Stacji Literatura, to kto zasiadał na widowni? Jeżeli przez ostatnie lata nic się nie zmieniło na Stacji Literatura, to były to w znakomitej większości osoby z krytykowanego przez Tosiek środowiska. Ranking najpopularniejszych książek na poezjem? Kim jest statystyczny klient zamawiający książki na poezjem? Bosorka zadziałała? Wydostała się poza wąski krąg dotychczasowym odbiorców poezji? Czy pozytywny odbiór na ekskluzywnym festiwalu literackim naprawdę ma stanowić dowód „działania wierszy”? Udowodniła, że zawiedli krytycy, którzy nie wyczuli popytu, a odbiorca przemówił, dokonał wyboru, jednym gestem unieważnił całą (negatywną) krytykę i wszystkie jej argumenty?  A wreszcie – czy komercyjny sukces poezji rzeczywiście miałby świadczyć o jej szczególnej mocy? Można się domyślić, że krytykując dotychczasowych recenzentów Bosorki, Tosiek ma na myśli chociażby przywoływaną już przez Kaczmarskiego wypowiedź Weroniki Janeczko, której zarzut choć dotyczył „tożsamościowego” charakteru poezji Szwedy, w rzeczywistości był głosem przeciwko komercyjnemu przetworzeniu tej tożsamości, wciąganiu obrazu społeczności Łemkowskiej w wizję uromantycznioną i egzotyczną, a wreszcie budowaniu kapitału poetyckiego na owej egzotyzacji. Zatem chodziłoby tu nie tyle o „pogardliwą tożsamościówkę”, jak nazywa to moja przedmówczyni, ile o wszystko to, co się ze wspomnianą tożsamością w wierszu dzieje, w jaki sposób się ją sprzedaje, a wreszcie –  podporządkowuje poezję logice rynku, czyni ją produktem atrakcyjnym i przystępnym dla konsumenta. Nie liczy się już powiedzenie czegoś w sprawie, ale sama reprezentacja, zastąpienie wypowiedzi konkretną, pożądaną przez konsumenta reprezentacją. Ma to oczywiście konsekwencje w całym dyskursie okołopoetyckim – akcentowane przestaje być to, co się mówi i w jaki sposób, ale o czym i jako kto.

Mam wrażenie również, że atak Tosiek wiąże się z jakimś dziwnym zespołem oczekiwań i przekonań na temat funkcji krytyki. Nietrudno wyobrazić sobie świat bez profesjonalnej krytyki literackiej i artystycznej, nie musimy specjalnie uruchamiać wyobraźni, wystarczy rozejrzeć się i zobaczyć, jaka poezja jest czytana rzeczywiście tam, gdzie działają mechanizmy wolnego rynku – być może tam znajdzie się miejsce i na Rupi Kaur, i na Lanę del Rey, i na Katarzynę Szwedę. Argument „z tożsamości odbiorcy” koniec końców zawsze spotka się z argumentem „z wolnego rynku”. Oczywiście, że tam, gdzie decydują mechanizmy wolnorynkowe, profesjonalna krytyka nie jest potrzebna, tak jak niepotrzebny okazuje się sprofesjonalizowany dyskurs o poezji. Liczą się impresje, emocje i możliwość utożsamienia się odbiorcy z dziełem.

W system krytycznych ocen wpisane są również decyzje kapituł nagród poetyckich – one  również związane są z komodyfikacją poezji. Towarzyszą im złożone wybory instytucjonalne, promocyjne, ideologiczne i estetyczne. Nagroda jest formą promocji nie tyle samego twórcy, co instytucji stanowiącej źródło finansowania i jej działalności kulturotwórczej. Nie chodziłoby tu więc o samo środowisko, tylko warunki rynkowe. Bo jeśli za kryteria dobrego wiersza uznamy zestaw cech takich jak: zdolność wywołania afektów, wzruszeń, wpływania na emocje odbiorcy, budowania opowieści o uczuciach na bardzo indywidualnym poziomie, to utwory pani Grażyny (którą bardzo szanuję) z fanpage’a Poetyckich uniesień czar powinny otrzymać wszystkie nagrody literackie w tym kraju.

I tu znajdujemy właśnie  zadanie krytyki:  rozpoznać i opisać specyficzną sytuację komunikacyjną, jaką jest wiersz, wskazać, co mówi się poprzez tekst poetycki i co on znaczy poprzez swoją formę. Jeżeli poezja nie stanowi wyzwania dla czytelniczki/krytyczki, a stanowi łatwą do streszczenia w wywiadzie emanację tożsamości autorskiej, to trudno mówić o niej jako dobrej poezji. Do tego potrzebne jest rozróżnienie wypowiedzi autorskich, które służą autoanalizie twórczości, stanowią próbę opisu twórczych zamiarów, odnoszą się, najogólniej mówiąc, do tego, co wewnątrztekstowe czy programowe, od tych, które stanowią wyłącznie gest autokreacyjny, dotyczą tego, co „na zewnątrz” tekstu – nastroju, okoliczności, własnych przeżyć i wrażeń. Najbliższa jest mi krytyka, która pozostaje blisko tekstu i jego znaczenia. Na to znaczenie niekoniecznie musi mieć wpływ to, co autor zjadł na obiad, czy bardziej poetycko – złocista łuna zachodzącego słońca, padająca na klawiaturę w momencie, w którym pierwotny rytm natury prowadzi duszę poety ku nowej frazie. Wypowiedź krytycznoliteracka jest dla mnie takim rodzajem refleksji nad poezją, jej strukturą, problematyką, formą, której nie da się zastąpić sprowadzić do luźnej, lifestyle’owej pogawędki o uczuciach, emocjach bądź wrażeniach autora/czytelnika. Choć to właśnie ten drugi model wpisuje się  w zromantyzowaną, umetafizycznioną wizję pisania poezji – jako twórczego aktu, który „się” wydarza pod wpływem impulsu, iskry, geniuszu, stanowiąc jednocześnie koło zamachowe „poetyckiego marketingu”.

Co do warunków rynkowych – część poetów zapewne podporządkowuje się im coraz chętniej, ze względu na materialne okoliczności panujące w polu, niedofinansowanie kultury i niesprawiedliwy system gratyfikacji twórców. Domyślam się, że gdyby finansowanie literatury i krytyki odbywało się poprzez mniejsze ośrodki, zostało rozbite i zdecentralizowane i wreszcie – niezależne od oceny formułowanej w konkretnych warunkach środowiskowych (w tym właśnie krytyczno-akademickie-dziennikarskie kapituły), warunki rynkowe przestałyby mieć tak ogromne znaczenie w procesie twórczym. Wracając do tez mojej przedmówczyni – dopiero kiedy przestaniemy się spierać o nierówną i nieuczciwą dystrybucję środków (ubranych w środowiskowy płaszczyk), będziemy się mogli kłócić naprawdę o literaturę. Argument środowiskowy – nie rozumiem go i nie widzę sensu w spieraniu się o niego. Literatura uwikłana jest, szczególnie przy takich a nie innych kanałach dystrybucji, w dużo większe i bardziej skomplikowane mechanizmy władzy niż konflikt na miarę amerykańskiego serialu o high school. Bo ani środowisko, ani krytyka literacka nie mają władzy, jaką ma kapitał.


[1] Jak stwierdził Jarniewicz, zasiadający w kapitule gdyńskiej nagrody literackiej:  Można oczywiście nagrody kontestować (choć jak dotąd żaden pisarz tego nie uczynił, chyba że ze względów politycznych), ale czy nie lepiej rozróżnić między formami konkurencji i zapytać, czy ta konkretna jest przyjazna dla wszystkich jej uczestników, czy nikogo nie wyklucza, czy szanuje nienagrodzonych. W Gdyni wszyscy nominowani zapraszani są na kilkudniowy pobyt w dobrym hotelu nad Zatoką, uczestniczą w spotkaniach literackich, ich książki prezentowane są w necie kilkuminutowymi filmikami, na gali każdy z nich – dwudziestka! – dostaje z rąk prezydenta miasta imienną statuetkę, a każda książka – znów 20 tytułów, jak na żadnej innej gali nawet najbogatszych nagród w Polsce – ma swoją galową prezentację. Dyskusja ta – nie pierwsza i nie ostatnia – dotycząca sposobów dystrybuowania i doceniania twórczości poetów po raz kolejny udowodniła, jak dużym problemem jest kwestia dofinansowania twórców i tego, co z najnowszej poezji przedostaje się do mainstreamu i na jak długo. Nagrody mają jednoznaczny wymiar marketingowy, służą promowaniu poezji, ale przede wszystkim jej sponsorów (miast, ośrodków lokalnych, instytucji i osób prywatnych) jednak trudna do pominięcia jest kwestia gratyfikacji finansowej, która towarzyszy umacnianiu pozycji w polu. Atmosfera ta sprawia, że tym silniejsza pozostaje chęć wpisania się w mocne, zauważalne przy wyborach kapituł konkursów poetyckie tendencje i kreacje (przykładem mogą być wzbierające w ostatnich latach „tożsamości” ekopoetyckie, w które wpisują się chociażby ostatnie wiersze Lebdy czy  natchniona twórczość poetycka i eseistyczna Zajączkowskiej).

[2] Mam na myśli debatę „Nowe języki poezji”, biBLioteka, 2020.


Sonia Nowacka (ur.1994), doktorantka na wydziale filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się krytyką literacką. Publikowała m.in. w „Pomostach”, „Odrze”, „2miesięczniku”, „Kontencie” i „ArtPapierze”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka i kilku innych konkursów.