Sonia Nowacka – ZASPANI DYSTRYBUTORZY PRESTIŻU

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Zarówno tekst Antoniny Tosiek Jak przestać się oszukiwać w poprzednim wydaniu ÓSMEGO ARKUSZA ODRY, poprzedzający ten mój głos, jak i niedawna wymiana zdań, która miała miejsce pod facebookowym postem Jerzego Jarniewicza[1] oraz ostatnia dyskusja zainicjowana przez Biuro Literackie[2] udowadniają, że mówiąc o krytyce, wpadamy w pułapkę nieustannego zaznaczania i pokornego tłumaczenia, skąd dobiega nasz głos. Nie sądzę jednak, by można było produktywnie rozmawiać, kiedy debata ześlizguje się nieustannie w konflikty poetów z krytykami, krytyków z krytykami, poetów z kapitułami nagród. Merytorycznej krytyki chcemy wszyscy, tak jak chcemy dobrej poezji, ale do uprawiania jednego i drugiego potrzebne są sprzyjające warunki. A warunki są na ten moment nierozerwalnie związane z koniecznością przemyślenia sposobów działania poezji wobec mechanizmów wolnego rynku.

Głównym celem tekstu Tosiek, jak rozumiem, jest wskazanie pewnej korelacji w zjawiskach „prestiżu” debiutu i jego środowiskowego umocowania. Trudno z tym polemizować, bo zamiast argumentacji, od której rzeczywiście można by się odbić w dyskusji, Tosiek proponuje swoją osobistą perspektywę i sposób patrzenia na pewne środowiskowe relacje. Diagnozowanie problemu przez pryzmat indywidualnej oceny środowiska oraz przychodzenie z „osobistą” perspektywą rozmywa właściwą dyskusję, zamiast argumentacji czytelniczka otrzymuje zbiór indywidualnych impresji, niemierzalnych, subiektywnych wrażeń.

Odpowiedź na pytanie postawione w tekście Pawła Kaczmarskiego Cóż po prywacie (ÓSMY ARKUSZ w 5/2021 numerze „Odry”) inicjującym naszą dyskusję nie będzie prosta – jak krytyka literacka powinna reagować na to, co pozatekstowe, odautorskie, kładące nacisk nie na wiersz, ale własną osobę prywatną, kiedy widzimy coraz częściej, że wiersz i autor/ka to tak naprawdę ta sama odpowiedź na potrzeby rynku? Mało tego, owo „zaznaczanie pozycji” z której się mówi, jak mieliśmy wiele razy okazję się przekonać, dotyczy w równym stopniu języka krytyki i wypowiedzi o literaturze – świadczy o tym choćby sposób, w jaki do tematu podeszła Tosiek. Są to tendencje w oczywisty sposób ze sobą powiązane i wynikają z marketingowego, lajfstajlowego podejścia do literatury jako produktu, który należy odpowiednio pokazać. Poezja musi być instafriendly w tym sensie, w jakim instagramowe edukatorki starają się mówić o złożonych problemach, zastępując ich analizę samym „doreprezentowaniem” zagadnienia. Silnie zaznaczona autorska autokreacja staje się coraz wyraźniej substytutem rozmowy o poezji.  Krytyka, która poważnie podchodzi do swoich obowiązków, będzie się od tej autokreacji dystansować, jednocześnie jej nie ignorując ani o niej nie zapominając. Przedmiotem właściwej wypowiedzi krytycznej pozostaje tekst, a wypowiedź i kreacja autorska staje się problemem dopiero wtedy, kiedy wiersz nie ma nic do powiedzenia ponad to, co gdzie indziej mówi autor. Pozostaje bowiem dodatkiem, dopełnieniem pewnego wizerunku czy tożsamościowego projektu, który sprzedaje się poprzez autora. Do tego prowadzi właśnie fetysz autentyczności, chęć rozpatrywania poezji na zasadach, które podyktował rynek. Nie jest więc do końca tak, jak twierdzi Tosiek (Żonglerka wizerunkiem nie jest niczym nowym. Nie jest też wcale bardziej nachalna niż kiedyś. Platformy się zmieniają, metody cyfryzują, stado pozostaje stadem. Ale my jesteśmy przecież od wierszy. Rozmawiajmy o wierszach), bowiem fakt, że autokreacja okazuje się elementem pierwotnym, wpływa znacząco na samą poezję, zadania, jakie się przed nią stawia oraz sposób, w jaki się poprzez nią mówi. Uważam, że wszystkie związane z krytyką problemy zasygnalizowane przez autorkę mają charakter systemowy, a nie – jak sugeruje ona sama – środowiskowy.

Pierwszym problemem, jaki nakreśla moja przedmówczyni, błędnie i jednoznacznie utożsamiając go z kontekstem środowiskowym, jest ekonomia sił. Tak, problem z niedofinansowaniem kultury sprawia, że krytycy pozostają przy uniwersytetach. Najnowsza literatura nie jest (i nie może być – przy dzisiejszym systemie punktacji i weryfikacji osiągnięć akademickich) jedynym obiektem zainteresowań krytyków. A ponieważ czas wolny jest dobrem luksusowym, recenzenci przeznaczają określoną jego na dość ograniczoną liczbę znaków, co nie pociąga za sobą żadnych korzyści, nie licząc poczucia dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku. Zarówno więc w przypadku debiutów, jak i książek autorów wcześniej publikowanych krytyka musi dokonać ostrej selekcji. Tosiek szybko znajduje klucz: Na górze stosiku lądują więc najczęściej te z poleceniami, z dorobkiem, środowiskowym wsparciem, logo znajomego wydawnictwa,

Przede wszystkim – środowisko, o którym pisze Tosiek, nie jest tak przepastne, znakomita większość wydawanych książek ukazuje się z logo znajomego [krytyczce/krytykowi] wydawnictwa, bo tych wydawnictw wcale nie ma tak dużo. Jednak tak czy inaczej nie sposób opisać wszystkich książek wydanych w zaprzyjaźnionych wydawnictwach, poleconych czy opublikowanych ze środowiskowym wsparciem. Powodem jest tu wspomniana ekonomia sił – łatwiej jest opisać książki dobre, korzystniej dla poetyckiego dyskursu rozmawiać o realizacjach ciekawych, wyróżniających się, wybitnych. Trudno jednoznacznie wykazać – myślę, że dlatego nie robi tego sama Tosiek – że dowartościowanie poszczególnych autorek i autorów wynika z uwikłań środowiskowych krytyki, a nie z wypunktowanych w większości tekstów krytycznych elementów oceny dyktowanych często sprawnym filologicznym warsztatem. Naprawdę trudno dyskutować z wrażeniami i emocjami, kiedy w grę wchodzą chociażby mierzalne elementy warsztatowe i konkretne postulaty twórcze. Dlaczego „pominięci” zostają pominięci? Z różnych względów, najczęściej jednak dlatego, że o słabych książkach najzwyczajniej nie opłaca się pisać.

Tak czy inaczej, nie do końca rozumiem, jakie zadanie stawia przed sobą Tosiek, kiedy przywołuje przykład Bosorki Kasi Szwedy. Podpisuję się oczywiście pod apelem spierajmy się merytorycznie, na wiersze, szkoda tylko, że odezwa ta pojawia się w jednym z ostatnich akapitów, po tym, jak autorka poświęca kilka tysięcy znaków na niezbyt uzasadniony i średnio uargumentowany atak na koniunkturalną krytykę i nadzwyczajną, magiczną moc środowiskowych znajomości, które koniec końców – jak stara się wykazać – przestają być ważne, kiedy poezja spotyka się z wrażliwością uczestników festiwalu: Nie oszukuj się, Droga Krytyko, nawet jeśli miałaś swoje opinie na temat opowiadania o Łemkach przy pomocy takiego właśnie obrazowania, takiej właśnie poetyki, to Twoje zdanie okazało się mało znaczące. Książka Kasi Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku; trzy duże nominacje, spora sprzedawalność (ranking najpopularniejszych książek roku na poezjem.pl), niezwykle pozytywny odbiór czytania Kasi podczas ostatniej Stacji Literatura w Stroniu Śląskim. Bosorka zadziałała. Udało jej się wyjść poza wąskie grono środowiskowych odbiorczyń, trafiła do osób z pochodzeniem łemkowskim i stała się dla nich ważna. Roboczo nazwałam to sobie „testem prawdziwego świata”.

Oczywiście, przykład Bosorki ma udowodnić czytelniczce, że owa „Krytyka” przywoływana przez Tosiek nie jest nikomu potrzebna, że poezja, która odpowiada na potrzeby czytelniczki w końcu sama sobie znajdzie odbiorcę i wygodnie umości się w polu. Ale jest to argumentacja nad wyraz niespójna i niekonsekwentna – skoro książka Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku i świadczą o tym trzy duże nominacje, to kto zasiada w kapitułach tychże nagród? Skoro czytanie Szwedy było pozytywnie odebrane podczas Stacji Literatura, to kto zasiadał na widowni? Jeżeli przez ostatnie lata nic się nie zmieniło na Stacji Literatura, to były to w znakomitej większości osoby z krytykowanego przez Tosiek środowiska. Ranking najpopularniejszych książek na poezjem? Kim jest statystyczny klient zamawiający książki na poezjem? Bosorka zadziałała? Wydostała się poza wąski krąg dotychczasowym odbiorców poezji? Czy pozytywny odbiór na ekskluzywnym festiwalu literackim naprawdę ma stanowić dowód „działania wierszy”? Udowodniła, że zawiedli krytycy, którzy nie wyczuli popytu, a odbiorca przemówił, dokonał wyboru, jednym gestem unieważnił całą (negatywną) krytykę i wszystkie jej argumenty?  A wreszcie – czy komercyjny sukces poezji rzeczywiście miałby świadczyć o jej szczególnej mocy? Można się domyślić, że krytykując dotychczasowych recenzentów Bosorki, Tosiek ma na myśli chociażby przywoływaną już przez Kaczmarskiego wypowiedź Weroniki Janeczko, której zarzut choć dotyczył „tożsamościowego” charakteru poezji Szwedy, w rzeczywistości był głosem przeciwko komercyjnemu przetworzeniu tej tożsamości, wciąganiu obrazu społeczności Łemkowskiej w wizję uromantycznioną i egzotyczną, a wreszcie budowaniu kapitału poetyckiego na owej egzotyzacji. Zatem chodziłoby tu nie tyle o „pogardliwą tożsamościówkę”, jak nazywa to moja przedmówczyni, ile o wszystko to, co się ze wspomnianą tożsamością w wierszu dzieje, w jaki sposób się ją sprzedaje, a wreszcie –  podporządkowuje poezję logice rynku, czyni ją produktem atrakcyjnym i przystępnym dla konsumenta. Nie liczy się już powiedzenie czegoś w sprawie, ale sama reprezentacja, zastąpienie wypowiedzi konkretną, pożądaną przez konsumenta reprezentacją. Ma to oczywiście konsekwencje w całym dyskursie okołopoetyckim – akcentowane przestaje być to, co się mówi i w jaki sposób, ale o czym i jako kto.

Mam wrażenie również, że atak Tosiek wiąże się z jakimś dziwnym zespołem oczekiwań i przekonań na temat funkcji krytyki. Nietrudno wyobrazić sobie świat bez profesjonalnej krytyki literackiej i artystycznej, nie musimy specjalnie uruchamiać wyobraźni, wystarczy rozejrzeć się i zobaczyć, jaka poezja jest czytana rzeczywiście tam, gdzie działają mechanizmy wolnego rynku – być może tam znajdzie się miejsce i na Rupi Kaur, i na Lanę del Rey, i na Katarzynę Szwedę. Argument „z tożsamości odbiorcy” koniec końców zawsze spotka się z argumentem „z wolnego rynku”. Oczywiście, że tam, gdzie decydują mechanizmy wolnorynkowe, profesjonalna krytyka nie jest potrzebna, tak jak niepotrzebny okazuje się sprofesjonalizowany dyskurs o poezji. Liczą się impresje, emocje i możliwość utożsamienia się odbiorcy z dziełem.

W system krytycznych ocen wpisane są również decyzje kapituł nagród poetyckich – one  również związane są z komodyfikacją poezji. Towarzyszą im złożone wybory instytucjonalne, promocyjne, ideologiczne i estetyczne. Nagroda jest formą promocji nie tyle samego twórcy, co instytucji stanowiącej źródło finansowania i jej działalności kulturotwórczej. Nie chodziłoby tu więc o samo środowisko, tylko warunki rynkowe. Bo jeśli za kryteria dobrego wiersza uznamy zestaw cech takich jak: zdolność wywołania afektów, wzruszeń, wpływania na emocje odbiorcy, budowania opowieści o uczuciach na bardzo indywidualnym poziomie, to utwory pani Grażyny (którą bardzo szanuję) z fanpage’a Poetyckich uniesień czar powinny otrzymać wszystkie nagrody literackie w tym kraju.

I tu znajdujemy właśnie  zadanie krytyki:  rozpoznać i opisać specyficzną sytuację komunikacyjną, jaką jest wiersz, wskazać, co mówi się poprzez tekst poetycki i co on znaczy poprzez swoją formę. Jeżeli poezja nie stanowi wyzwania dla czytelniczki/krytyczki, a stanowi łatwą do streszczenia w wywiadzie emanację tożsamości autorskiej, to trudno mówić o niej jako dobrej poezji. Do tego potrzebne jest rozróżnienie wypowiedzi autorskich, które służą autoanalizie twórczości, stanowią próbę opisu twórczych zamiarów, odnoszą się, najogólniej mówiąc, do tego, co wewnątrztekstowe czy programowe, od tych, które stanowią wyłącznie gest autokreacyjny, dotyczą tego, co „na zewnątrz” tekstu – nastroju, okoliczności, własnych przeżyć i wrażeń. Najbliższa jest mi krytyka, która pozostaje blisko tekstu i jego znaczenia. Na to znaczenie niekoniecznie musi mieć wpływ to, co autor zjadł na obiad, czy bardziej poetycko – złocista łuna zachodzącego słońca, padająca na klawiaturę w momencie, w którym pierwotny rytm natury prowadzi duszę poety ku nowej frazie. Wypowiedź krytycznoliteracka jest dla mnie takim rodzajem refleksji nad poezją, jej strukturą, problematyką, formą, której nie da się zastąpić sprowadzić do luźnej, lifestyle’owej pogawędki o uczuciach, emocjach bądź wrażeniach autora/czytelnika. Choć to właśnie ten drugi model wpisuje się  w zromantyzowaną, umetafizycznioną wizję pisania poezji – jako twórczego aktu, który „się” wydarza pod wpływem impulsu, iskry, geniuszu, stanowiąc jednocześnie koło zamachowe „poetyckiego marketingu”.

Co do warunków rynkowych – część poetów zapewne podporządkowuje się im coraz chętniej, ze względu na materialne okoliczności panujące w polu, niedofinansowanie kultury i niesprawiedliwy system gratyfikacji twórców. Domyślam się, że gdyby finansowanie literatury i krytyki odbywało się poprzez mniejsze ośrodki, zostało rozbite i zdecentralizowane i wreszcie – niezależne od oceny formułowanej w konkretnych warunkach środowiskowych (w tym właśnie krytyczno-akademickie-dziennikarskie kapituły), warunki rynkowe przestałyby mieć tak ogromne znaczenie w procesie twórczym. Wracając do tez mojej przedmówczyni – dopiero kiedy przestaniemy się spierać o nierówną i nieuczciwą dystrybucję środków (ubranych w środowiskowy płaszczyk), będziemy się mogli kłócić naprawdę o literaturę. Argument środowiskowy – nie rozumiem go i nie widzę sensu w spieraniu się o niego. Literatura uwikłana jest, szczególnie przy takich a nie innych kanałach dystrybucji, w dużo większe i bardziej skomplikowane mechanizmy władzy niż konflikt na miarę amerykańskiego serialu o high school. Bo ani środowisko, ani krytyka literacka nie mają władzy, jaką ma kapitał.


[1] Jak stwierdził Jarniewicz, zasiadający w kapitule gdyńskiej nagrody literackiej:  Można oczywiście nagrody kontestować (choć jak dotąd żaden pisarz tego nie uczynił, chyba że ze względów politycznych), ale czy nie lepiej rozróżnić między formami konkurencji i zapytać, czy ta konkretna jest przyjazna dla wszystkich jej uczestników, czy nikogo nie wyklucza, czy szanuje nienagrodzonych. W Gdyni wszyscy nominowani zapraszani są na kilkudniowy pobyt w dobrym hotelu nad Zatoką, uczestniczą w spotkaniach literackich, ich książki prezentowane są w necie kilkuminutowymi filmikami, na gali każdy z nich – dwudziestka! – dostaje z rąk prezydenta miasta imienną statuetkę, a każda książka – znów 20 tytułów, jak na żadnej innej gali nawet najbogatszych nagród w Polsce – ma swoją galową prezentację. Dyskusja ta – nie pierwsza i nie ostatnia – dotycząca sposobów dystrybuowania i doceniania twórczości poetów po raz kolejny udowodniła, jak dużym problemem jest kwestia dofinansowania twórców i tego, co z najnowszej poezji przedostaje się do mainstreamu i na jak długo. Nagrody mają jednoznaczny wymiar marketingowy, służą promowaniu poezji, ale przede wszystkim jej sponsorów (miast, ośrodków lokalnych, instytucji i osób prywatnych) jednak trudna do pominięcia jest kwestia gratyfikacji finansowej, która towarzyszy umacnianiu pozycji w polu. Atmosfera ta sprawia, że tym silniejsza pozostaje chęć wpisania się w mocne, zauważalne przy wyborach kapituł konkursów poetyckie tendencje i kreacje (przykładem mogą być wzbierające w ostatnich latach „tożsamości” ekopoetyckie, w które wpisują się chociażby ostatnie wiersze Lebdy czy  natchniona twórczość poetycka i eseistyczna Zajączkowskiej).

[2] Mam na myśli debatę „Nowe języki poezji”, biBLioteka, 2020.


Sonia Nowacka (ur.1994), doktorantka na wydziale filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się krytyką literacką. Publikowała m.in. w „Pomostach”, „Odrze”, „2miesięczniku”, „Kontencie” i „ArtPapierze”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka i kilku innych konkursów.

Małgorzata Osowiecka – Wiersze (10.2021)

Dark tourist

Za swoją granicą zobaczysz suszone głowy piesków i śliskie stragany,
stężone babcie zawinięte w Świnię Peppę. Tu jedzą panikę– zupę
z nietoperzy owocowych, a kobiety i mężczyźni całują się obok
bez języków. Dalej mydełka z albinosów i modyfikacje ciała – kolejny freak
wisi nad drzwiami na hakach. Chodź, pokażę ci, potrzymasz kałacha

nad martwym lwem i strzelisz do małej krowy. Dom dziecka dla ślepych
– twój nowy hotel all inclusive. Kambodżanie pożerają żywe
z głodu, ty to zrób dla zabawy. Skorzystaj ze słonia i ujeżdżaj delfina.
Zjedz kota i spójrz jego oczami  Eat them all.  Kill them all.

Zapomnisz o swoich przepracowanych latach i słabych dowcipach,
mizerii i pocałunku przed snem, a gdy wrócisz ze sznurem
z białych nosorożców, nie będzie delikatnie. Ich już nie ma
i ciebie już nie ma. O tym będą wszystkie twoje wiersze,
bo ty wiesz, że to osiądzie w tobie jak muł na dnie Gangesu.

Po wszystkim będziesz ochrzczony i czysty. Zlikwidujesz
pobliskie zoo, zaadoptujesz futro fretki, sfinansujesz
Anacondę i Uszakowo, a gdy podadzą ci świnię lub tofu,
wyjdziesz głodny jak nigdy. C’est la Vie człowieku. Smacznego
nowego życia, na które nie jesteś gotowy.


Destinations I don’t talk about

Kochana, James z Nieposkromnionych Granic
zabrał mnie do wnętrza
tabu.

Afganistan wiosną był trudny do przełknięcia,
ale oswajanie pola bitwy zagrało.
W radioaktywnym mieście duchów nadal
mieszkają, więc były rozmowy
i ostatnie telefony z World Trade Center

Wiesz, trochę mi głupio, ale opis całej wyprawy
to zdjęcia niesprawnych czołgów,
Auschwitz słynie z cierpienia żydów, a w ulotce
do wycieczki Thanatos było: „zabierz się w miejsca
tragedii, szaleństwa i prochu”.

Wiesz, że Dracula Park jest już niemodne,
a ja mogłam spaść z tarasu widokowego
na odkrywki w Bełchatowie?
Stary buddysta powiedział mi kiedyś,
że muszę zobaczyć grób Kima, więc się
patrzę, nie żebym chciała, wiesz.

Na spotkanie po latach przyniosę ci
list of dark tourism places in Asia,
Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng jest otwarte
siedem dni w tygodniu od 8 do 19,
więc może po pracy
jeszcze zdążysz.


Disneyfy

Kiedy odwiedzisz białego wielbłąda,
dwugłowe krety, tresowane kangury
i poczujesz się znowu dzieckiem, które chce
natychmiast, chce być centrum tego
świata: obejrzeć go, pomacać, polizać,
wtedy zabierzesz niedźwiedziowi szalik
(bo możesz),

aż znudzisz się tym, więc wrócisz do domu,
będziesz oglądać zdjęcia, śmiać się
i pytać: dlaczego tamten lew płakał?

Kiedy zrozumiesz, że możesz, wszystko
stanie się proste, to będzie twoje Eldorado,
osobiste Main Street, U.S., to będzie
jednolite, jak małe kurczaczki,
desery z taśmy produkcyjnej,
hodowla bydła
i kurze fermy.

To będzie napompowane, jak twoje idealne dziecko,
drogi piesek z diamentów,
martwe policzki
i nowe futra.

To będzie ukryte – twój dom będzie stał
na nowej wyspie, nieważne, że obok świat się pali,
że to złote dziecko cię kiedyś zapyta, czy czegoś
żałujesz, a ty powiesz mu, żeby szukało biedronek
na trawie, a ono tam ich
nie znajdzie.



Małgorzata Osowiecka (ur.1990), psycholożka, analityczka statystyczna. Naukowo zajmuje się wpływem odbioru poezji na twórcze myślenie odbiorców. Dostrzeżona w konkursach poetyckich w Gdańsku, Tychach, Toruniu oraz Cisnej, publikowała w „Blizie”, tomikach pokonkursowych, a także almanachu „Rozdroża wolności” (Gdańsk), publicystycznie zaistniała w Polityce za sprawą stypendium dla młodych dziennikarzy im. Leopolda Ungera. Laureatka stypendium twórczego Profesora Zbigniewa Pietrasińskiego.

Szymon Szwarc – Poemat (10.2021)

Traktat o robieniu chleba

Matwiejczukowi

1.
żaden ruch nie uwalnia od podejrzeń
siebie, które je ciebie, które je mnie,

które ją podjada aż do skórki
[skórka jest blada i mało odżywcza,

lecz trzyma się dzielnie i nas
w przeświadczeniu, że czeka

ją to,
1. co siebie ominie]

żaden ruch nie uwalnia od wytwarzanych
gestów i gazów, one opuszczają ludzkie

i nieludzkie powłoki, nawet te, które nigdy
nie spalały na urlopie, chociaż ruszały się,

żeby nas spłodzić, gdyż nie istniał żaden
z nas ani też inny sposób, by się rozejść

2.
do tego jeszcze wrócimy dzięki licencji,
jaką daje ruch, teraz jesteśmy i jesteśmy

sobie tylko pisani, czas na miłość,
ludzkość nie ma szans bez miłości,

chociaż miłość bez ludzi ma szansę
uniknąć maszyny losującej genomy

1.
żaden gaz, ani też kwas nie uwolni
nas od konieczności

rozstania się z tym, co akurat jest
pod ręką, choćby i była to właśnie

ręka obleczona powłoką

*
[choćby i była to nawet reklamówka
wyrzucona tą ręką do śmieci,

gdzie wśród sobie podobnych
produktów napędza karuzele

i bębny maszyn losujących
w miasteczkach ze słów;

*
po przebudzeniu w śmietniku
ze słów znalazły się same

reklamy produktów
zużywanych i zażywanych w czasie

tak zwanego życia, gdyż życie
w czasie nazywanym jako nasz

wytworzyło i zużyło produkty,
które potrzebowały powierzchni

dla reklamy, teraz machamy,
nie za bardzo wiedząc:

jak pożegnać ręce
i siebie];

3. obsługują nas ludzie:
oddani swojemu gatunkowi,
który wynaleźli, a nie stworzyli.

oddani swojemu rodzajowi,
który nie utrwali się bez kampanii

z meteorytem na tle zamieszkanej powłoki,
bez produktu, który by ten rodzaj

w ich oczach lepiej zdefiniował
lub przefiltrował do dalszej obróbki;

3. obsługa
zaprzęgnięta w bezbarwne mundury
przeszukuje ziemię w kieszeniach spodni,

które kupiło się tanio w sklepie
z używaną odzieżą, jakby się chciało

kogoś zaznanego w ich czasach,
czasach wzmożonego ruchu i spalania,

kochanego wraz z całą zawartością
reklamówki, powierzchnią smrodu,

z całym smrodem, treścią genomu,
ukryć;

4. jednak
to, czego szukają, istnieje jedynie
w podejrzeniach nadanych z urzędu,

to oczywiste jak fakt pisania tego teraz;
istnienie bez możliwości okrycia się

kocem lub w szczególnych wypadkach
plandeką zwraca wyprodukowane

ciepło w miejsca niedostępne władzy
i jednocześnie wydarza jako smród,

który się od niej uwolnił;

5.
wydaje się, że przed nami nie było filtrów,
wydaje się też, że przed nami był tylko bęben,

jednak przed nami były głównie reklamówki,
ewentualnie inne patenty na opakowania;

nie czując, że sami się, które goni nas jak cień
bez nas, do nich nie nadajemy, używamy ich

zgodnie z instrukcją (nie byłam czytana),
maszyna losująca wygenerowała obsługę:

chciałoby się ruszyć,
skoro się już pojawiło miejsce w kolejce,

5.
cóż to za dozgonna woń ulatuje z naszego
bębna? – to właśnie pozostałości po przed nami

formują się w kondukt, chmurę tęczowego gazu,
już dawno nie smród,

choć jeszcze trochę zapach funkcjonariuszy,
nieprzerwanie: reklamówka

5.
oby przed nami okazało się bardziej realne
od naszych doświadczeń, dzielonych

z sucharów na prawie równe porcje mąki,
oby i po nas okazało się ono bardziej realne

od naszych doświadczeń, dzielonych z sucharów
na prawie równe porcje zakwasu

2.
lecz wracając do mas, które jeszcze są
ubijane w rytmie nie cierpiącym zwłoki:

czy powstanie z nich ten sam chleb?
ten sam, co kiedyś,

gdzie „kiedyś” łudząco podobne
do „zawsze”

gdzie „zawsze” odkleja od realiów
każdą mowę o przyszłości?

i co, gdy nie będzie żadnej
dla niego foremki?

wprawnych palców, zdolnych gnieść
to odwadniające się ciasto?



Szymon Szwarc (ur.1986) wydał książki z wierszami: Kot w tympanonie (Rita Baum, Wrocław 2012), Umowa o dzieło (WBPiCAK, Poznań 2014), Cukry złożone (WBPiCAK, Poznań 2020) oraz płyty z zespołami Jesień i Rozwód. Mieszka i pracuje w Toruniu.

Tomasz Bąk – Poemat (10.2021)

Korbowód

To chyba jedna z najważniejszych
konferencji prasowych, jakie miałem:
siedzę na kanapie pod nieobleczoną kołdrą,
cały trzęsę się z zimna.
Zasłoniłem okno, bo dość miałem zaoknia,
zza skrzyżowania akurat wyłaniał się
lokalny potentat rynku komputerów osobistych
z nieodłączną szczekaczką,
niedoczekanie: laptop spoczywa na kolanach,
miga tęskno diodą na zachód,
z którego niechybnie przyjść mają wieści,
słownik języka polskiego
cierpliwie tłumaczy znaczenie słowa
„niechybnie”.

Albo inaczej.

To chyba jedna z najważniejszych
konferencji prasowych, jakie miałem,
a jestem z grubsza nieogarnięty
– oznaką zabałaganionego biurka
jest zabałaganione biurko –
patrzę z nadzieją na mieszankę
paracetamolu i pseudoefedryny,
zaraz pewnie zadzwoni służbowy,
po drugiej stronie słuchawki
człowiek stworzony do roli smerfa-marudy,
pogromca dziecięcych uśmiechów, koszmar psychiatrów,
kłapouchy, którego uwiera pinezka – próbowałeś kiedyś
biegać z tak umocowanym ogonem?
W kolejnym odcinku programu wilk syty i Falubaz cały.

Jest też trzeci wariant.

To chyba jedna z najważniejszych
konferencji prasowych, jakie miałem,
wyobrażam sobie, że jestem tym gościem,
dzięki któremu
– no dobra, przez którego –
dotarliśmy do miejsca, w którym jesteśmy:
główka,
trzon,
stopa,
pokrywa stopy,
śruba,
tulejka ślizgowa,
kilka bezsennych nocy, parę siwych włosów,
staje przed nami i mówi KORBOWÓD.

Przyszło mu to z trudem: to łatwo powiedzieć.
Widzę, jak zamienia ruch posuwisto-zwrotny
na ruch obrotowy, jak podlega ściskaniu,
rozciąganiu, zginaniu. Jest zaklęciem mobilności,
której tak bardzo chcieliby nam poskąpić,
obietnicą realnego przemieszczenia, gdy wokół jedynie
otwarte złamania z przemieszczeniem.

Bądź ze mną korbowodem, bracie/siostro!
Wznieś się ponad wiecznie urażonych chłopców
o nienachalnie ministranckiej urodzie,
pokaż język, gdy ubolewają nad wulgaryzacją języka,
niech dobrze się przypatrzą:
te wszystkie ślady wszystkich znanych nam zębów,
lata gryzienia się zamiast odgryzania się im!

Biedny język, w którym pisało tak wielu
lewaków, których za kilkadziesiąt lat
spróbujemy państwu przedstawić
jako narodowych bohaterów prawicy;
czuję tętent, przetaczają się osiedlem
siewcy śmierci, umiarkowanie ponurzy żniwiarze
– niech wam tektura sztywną będzie!

Napełniacie nadzieją serce człowieka P.!
Nie spocznę w dostarczaniu idei i metafor,
których nie da się przedstawić w sposób
inny niż obraźliwy.

Mam nieobleczoną kołdrę i kubek z herbatą,
konta w dwóch serwisach streamingowych,
hollywoodzkie rekwizytorium rodem z aliexpress,
sto najlepszych cytatów z Homera J. Simpsona,
Marka Grechutę w roli Donalda Trumpa,
Donalda Trumpa w repertuarze Marka Grechuty,
a także mocne postanowienie, by jakoś wykorzystać
pięć dni zwolnienia lekarskiego.
Mam jedno zadanie i jedno narzędzie,
choć patrząc na skalę wyzwania,
od języka ucieszyłby mnie bardziej
basen wypełniony aligatorami.

Jeden z nich mógłby być żółty,
gdy go oświetlić LEDami,
mógłby być transkontynentalnym łącznikiem,
podwójnym agentem obu wybranych narodów
po dwóch stronach Atlantyku:
widzę go, jak publikuje encyklikę
twitt za twittem,
rozprawiając o tym, kto tak naprawdę
był Frankensteinem, co z tego wynika,
i jak należy przygotować się
na jego potworne przyjście.

Kto pierwszy szedł przed siebie?

Nie ten, który uznał, że idee mają konsekwencje,
bo on już dawno schłodzony i rozgrzeszony,
także nie ten, za którego, jako ucieleśnienie
powiedzenia, jakoby idee miały konsekwencje,
wzniesiono toast
(trafiony-też schłodzony). Kto nam został?
Ktoś, jakby, bardzo mądry.
Bezpośrednia konsekwencja idei, bielsza nie będzie!
 

Tak, świat jest stanowczo zbyt skomplikowany,
żeby opowiedzieć go w jednym odcinku Simpsonów,
zbyt wielowątkowy jak na moc obliczeniową,
którą dysponuję (choć z powodzeniem mógłbym
wysłać człowieka na księżyc, choćby w gatkach)
– przeszłość robiła z mocy lepszy użytek, przyszłość?
Chmara dronów przenoszących chryzantemy złociste
nad ogrodzeniem czasowo zamkniętego cmentarza,
naprawdę, chyba wolałbym zjeść kanapkę.

Tak szczerze, to wygraliśmy te wybory,
jesteśmy ponurym skutkiem
wszystkich dotychczasowych wyborów,
i tylko firma sprzedająca nasze dane
wyszukiwania w trybie incognito wie,
z jakimi demonami się mierzymy!

W tym przypadku wyznanie wiary,
które wydaje się pasować do okazji,
nie zakłada wcale ostatecznego rozwiązania
kwestii demonów, z którymi się mierzymy,
a odwołuje się do kwestii wszechwiedzy
i niepamięci: niech wie, ale niech zapomina!

I to wcale nie jest tak, że nie podobają wam się dziewczyny,
tylko dlatego, że właśnie tak się zachowują
– nie lubicie ich raczej dlatego, że nie tak je sobie wyobrażaliście.
I dokładnie tak już jest ze wszystkim, powinniście się przyzwyczaić.

Wystarczy wziąć dowolną osobę, której nie lubicie, i:
a). znaleźć cokolwiek, co odziera ją ze świętości,
albowiem tylko świętość w ministranckoseksualnym społeczeństwie
umożliwia podjęcie jakiegokolwiek skutecznego działania;
b). uznać jej zachowanie za symptom szerszego spisku,
który uniemożliwia dalszy prawicowy marsz przez instytucje
i danie jakiegokolwiek odporu cywilizacji śmierci;
c). trzymać ją zawsze pod ręką, by móc użyć
jej za każdym razem, by skutecznie odwrócić uwagę
od biznesików, które lubią ciszę i spokój.

Jeśli żaden z powyższych punktów akurat nie działa,
należy rozszerzyć pas transmisyjny konserwatyzmu
od nadajnika po samo gardło adresata przekazu
– gdy ostatni raz patrzyłem na konserwatyzm,
nie było w nim umiaru.

I choćby miał przyjść do mnie chomiczek
z grupy nowiczok, o ostateczny rezultat
tego, co z namaszczeniem nazywacie
wojną kulturową, jestem raczej spokojny
– oglądałem waszego najwybitniejszego
poetę w wieku produkcyjnym w programie
telewizyjnym realizowanym ze schowka na szczotki,
i choć ciężko było mi ukryć uśmieszek,
tak po ludzku szczerze wam współczuję.

Może dlatego, że byłem na wielu nieczynnych dworcach,
z których już nigdy nie odjedzie żaden pociąg,
ale nie spodziewałem się odjazdu peronu.

Wszystko to dałoby się pewnie jasno wytłumaczyć
nad skanem okładki Rzeźnika Polskiego,
numer z lutego 2019, piękna słowianka
o delikatnie komiksowych rysach z fascynująco
knurną zaczeską, radośnie niewyraźny podpis
z pętem kiełbasy w tle, 20 lat razem!,
cóż, niektóre związki trzyma w grze
inercja i tłuszcz pochodzenia zwierzęcego,
ale jeśli miałbym się wzruszyć nad Polską
w stylu znanego prezentera-gawędziarza,
to chyba tylko w ten sposób:
czysta, słona łza niech okrasi talerz wędlin.

Kto pierwszy cel wyznaczył?


Każda audycja musi mieć redaktora prowadzącego,
każdy splot audycji ciągnie za sobą ojciec dyrektor.

Jeszcze śniłem, gdy na ukochanym portalu
rozpoczął się spektakl dyskontowania porażki,
standardowa śpiewka na czas niepewny
(śpiewać z wysuniętą/nadstawioną częścią zadnią),
odwoływanie się do paru kropel kranówki,
dewocjonalia narodowe uświęcone sutą dotacją.

Tak, jeśli obserwuje nas jakaś obca cywilizacja
o zamiarach zbieżnych z cywilizacją śmierci,
kilka kropel kranówki, bochen chleba, szczypta soli,
rodzimy model tarczy antyrakietowej,
czy przeciwko czemu akurat w tej chwili jesteśmy:
ląduje statek łudząco podobny do tych znanych
z Gwiezdnych Wojen, więc zamiast komitetu powitalnego
– smutni panowie w garniturach przysłani przez Disneya,
taki proces może trwać kilka lat, inwazja opóźnia się,
zdezorientowani i zasmuceni kosmici odkrywają
szczątki ziemskich przyjemności, trochę alkoholu,
kapka wymiocin w bramie; z rozrzewnieniem wspominają
obrotowy ruch planet w ich układzie gwiezdnym
myjąc zęby szczoteczką elektryczną z miękkim włosiem,
ktoś cierpliwie tłumaczy, jak mogą zadzwonić do domu,
inni tymczasem podpalają lokalny masz 5G,
statek kosmiczny zostaje zlicytowany przez komornika,
z rzeczy osobistych czerstwa piętka i uraz,
który akurat da radę pożywić się czerstwą piętką,
no nic, z biurokracją jeszcze nikt nie wygrał,
machamy zużytą chusteczką i oddalamy się niespiesznie
z taczką wypełnioną częściami krążownika imperium.

Tak, dzisiaj jednak dużo lepiej,
znacznie łatwiej wykuwać korbowód,
gdy publicyści ukochanego portalu grymaszą,
zdecydowanie bardziej im do twarzy z porażką;
gdy kiedyś uznam, że mam dość pracy na etat
i dodatkowo zmęczy mnie majsterkowanie,
powołam do życia linię kosmetyków,
które pokocha prawica po obu stronach oceanu
– z dużą ilością mikroplastiku,
o szeroko komentowanych właściwościach natłuszczających,
doskonale dopasowanych do smutnych twarzy charakteryzujących się
wysokim stopniem ulania i niedbałym zarostem,
wybór tysięcy czytelników i garstki redaktorów,
kolejny kosmetyk, który prawdziwy mężczyzna musi mieć,
ale którego pod żadnym pozorem nie może używać.

Bardzo smutno, grupa osób stara się zdyskredytować większość.
Na pewno nie będziemy tego popierać.
A pomyśleć, że pewnie dało się tego uniknąć,
podtrzymując konsensus na przeznaczonej do tego tacy,
kompromis, który jak babcina babeczka kruszył się w palcach
– gdy świat zaczyna płonąć, wystarczy wyjąć wtyczkę prodiża
i wszystko uda się jeszcze uratować,
spieczony brzeg można odkroić i rzucić na pożarcie lwu
z kartonu, który zaryczy, no bo co innego ma do roboty?

Tak, w lwach najbardziej przerażające są
piosenki guźca i surykatki oraz absolutny brak genitaliów,
w takiej sytuacji kartonowy lew wydaje się rozsądnym kompromisem,
znacznie rozsądniejszym od kompromisów
zawieranych z lokalsami na okolicznych rogach ulicy,
w takiej sytuacji nogi do wanny, słuchamy odgłosów sawanny
(piękno i mądrość obcych bon motów
opiera się na tym, że kompletnie ich nie znamy).

Tak, świat byłby o wiele lepszym miejscem,
gdyby ludzie i przedmioty częściej
były wykorzystywane ze swoim przeznaczeniem.

Widzę pewnego pięknego, pomarańczowego człowieka,
który może nie do końca powinien
dysponować kodami do głowic jądrowych,
ale świetnie nadałby się na wzór
haftowany na tak popularnych zabawnych skarpetach,
w których dziura na dużego palca
robi się już przy pierwszym założeniu:
akurat znowu jesteś w gimnazjum,
idziecie z kolegą do dziewczyny z klasy równoległej,
która podoba mu się z nieznanych przyczyn,
ale wiesz, ma być też jej koleżanka,
więc to jakby podwójna randka,
zdejmujesz buty w przedpokoju
i wszyscy, łącznie z rodzicami koleżanki z równoległej klasy
widzą twój niedoskonale przycięty paznokieć,
no, trochę niezręcznie, pierwsza kaseta
Wilków będzie musiała jeszcze poczekać.

A wy, jaką formę okrucieństwa wspieracie najbardziej,
maltretowanie dzieci czy wykorzystywanie kobiet?
Czy nie nie przewidziałem tego?
Jeśli nie wygrają, pójdą z nami do sądu.
Macie swoje social media,
poznajcie swoich włodarzy,
może akurat ta treść nie zostanie zablokowana,
despite the constant negative press covfefe.

Nic z tego, szorowanie kubków dla niepodległej
– w połowie pierwszej komory
mam już stos czystych naczyń, a męskość
nadal na należnym jej miejscu, niebezpiecznie
blisko kosza na odpady zmieszane.
Chyba zostawiam smugi, jestem odrzutowcem,
myślę o wszystkich wielkich mężczyznach
polskiej historii, o niedostatkach higieny osobistej
i tym, jak wiele mieli za uszami i paznokciami.
Chciałbym być barberem królów,
pedicurzystą generałów i pomniejszych
oficerskich siusiaków, gumką-myszką
dla wykuwanej w ołówku opowieści polskiej,
chciałbym, żeby Jarosław Jakubowski
spełnił swoje, pachnące przeciętnymi celami w życiu
i wodą kolońską Brutal,
wielkie marzenie, i został wreszcie
kolejnym Rafałem Ziemkiewiczem
z jednego z najbardziej zbędnych
miast wojewódzkich. Bo opona już jest,
drugi podbródek wyziera spod zarostu,
szkoda byłoby zmarnować taki potencjał, Polsko,
ale na razie musi mi wystarczyć
obsikiwanie jego profilu na feju,
na razie muszę sobie radzić bez wsparcia
wszystkich Julek wszystkich sociali świata,
jak sobie z tym wszystkim poradzę?
Hm, chwilowo parafrazuję Baczyńskiego,
po którego wyciągnął już swoje brunatne łapki,
czy to była kula, synku, czy ci dupsko pękło?,
i już łapki czerwone niby raczki, si.

Są priorytety, ktoś musi wykuć korbowody
dla wszystkich uczestników
wyjątkowo zmotoryzowanego w tym roku
barszczu niepodległości,
wyobrażam sobie te wszystkie ogłoszenia sprzedaży
samochodów z racami nadpaloną podsufitką,
ruch w interesie u ludzi, którzy piorą i ozonują wnętrza,
ale jest jedna rzecz, której wyobrażać sobie nie muszę:
duszącą, trującą chmurę polskiego nacjonalizmu
nad domyślnym miastem Polski,
smutek stołecznych parkingów,
niedogodności konsumpcji tradycyjnej
transgranicznej kuchni patriotycznej
nad tapicerką nastoletniego auta z grupy VAG,
mokry sen agenta ubezpieczeniowego,
no, to w zasadzie kilka rzeczy,
gdy wyobraźnia śpi, kują się korbowody,
kto pierwszy w nas rozpoznał — kto wrogów? Kto przyjaciół?

Kto do pokoju nauczycielskiego udał się na przerwie
po dziennik, a wrócił na tarczy?

Wiele jest brutalności na świadectwach z paskiem,
wszystkie momenty, w których rodzą się ksywki,
ten przekrzywiony kran w łazience na trzecim piętrze,
– to nie powinno tak wyglądać – podchodzi
uczeń ze starszej klasy, spragniony wody
i własnej legendy, łapie za kran,
przekręca go o kilkanaście stopni
– już lepiej – kran pod naporem wody
odpada od ściany, woda – zimna – leje się strumieniem
na bohatera w swojej szkole,
przemoknięte serca miast, niech ktoś zawoła
pana Darka, z nie takimi ancymonami sobie radził.
Pani Mario, jak ma pani problem z klamką,
to proszę pierdyknąć – o, tutaj – i po problemie,
jakby się działo coś poważniejszego,
to wie Pani, gdzie mnie szukać,
pilne sprawy zwykłem rozpatrywać
w trybie niespiesznym, co z kranem?
No cieknie, początek lat dwutysięcznych,
widmo pustynnienia województwa łódzkiego
już majaczy na horyzoncie, ale jeszcze
nikt o tym głośno nie mówi, w takich warunkach
wykuwają się charaktery niby korbowody,
pierwszy dzień na ogólnodostępnym korytarzu,
pierwszy raz, gdy nie spodobałem się
jakiemuś starszemu kolesiowi,
no, trochę poobijani wyszliśmy,
nikt nikogo nie wzywał, każdy każdego wyzwał,
trener karate uśmiechnął się z politowaniem.

Chyba mniej więcej tak sobie wyobrażałem szczęśliwe życie:
wolny wieczór, absolutnie nic do roboty,
serial podśmiewa się w tle; gdzieś tu czai się pies,
terroryzuje nas gumową zabawką
– żadnych podtekstów –
czujemy się na tyle swobodnie,
by udać się na krótką przejażdżkę
w strojach powszechnie uznawanych za niewyjściowe
– nawet nie wkładasz stanika, wsiadamy do auta,
tłumaczę ci zawiłości obsługi transmitera,
ustawiamy moją ulubioną playlistę do jazdy,
podkręcam trochę ogrzewanie,
bo przecież toczy nas listopad,
i auto się toczy ulicą Szczęśliwą
– przyznaj, to nasza ulubiona –
za około dwie piosenki miniemy Spałę,
czy daje nam to satysfakcję?
Wskazówka paliwa zbliża się do rezerwy,
ale dzisiaj była wypłata, więc nie musimy się martwić,
droga do Inowłodza jest praktycznie doskonale
pusta i kręta – nachylasz się nad wygaszoną deską rozdzielczą,
robisz zdjęcie, które jutro internet wyceni na kilkanaście lajków,
właśnie dobijamy celu, cel jest dyskretnie podświetlony
lekko bulwiastymi latarniami, ciężko sobie wyobrazić
kraj bardziej kartoflany niż ten, który właśnie
– a mimo to jesteśmy szczęśliwi,
szczelnie odizolowani od Polski,
która za kilka godzin zamanifestuje polskość,
moją ulubiona playlista rozpływa się
w twoją ulubioną playlistę,
auto przyjemnie mruczy na piątym biegu,
w takiej chwili nawet się cieszę, że je mam,
a w każdej chwili cieszę się, że jestem z tobą;
uzupełniamy paliwo, kupuję jeszcze bańkę
zimowego płynu do spryskiwaczy
– rozkosznie zapobiegliwi staliśmy się –
szybka rundka po mieście, co by nie mówić
o Tomaszowie, do jazdy bez celu
nadaje się średnio, ledwo wrzucisz wyższy bieg,
i miasto się kończy, ale nic to,
wracamy, czas na procedurę nocną,
dokładnie pięć starannie odmierzonych
pocałunków w miejsca newralgiczne,
spróbujcie nazwać to toksyczną męskością,
siusiaki, to śmiechem oskóruję.

Ale nie dzisiaj, dziś czuję się wyjątkowo:
po dniu wypłat przyszedł dzień premii,
pracodawczyk w odświętnym ubiorze
przeszedł z kopertami przez biuro,
papier w papierku, kilka stacji przy biurkach,
każdym, oprócz mojego
– powiedzieć, że nie przepadam za kapitalizmem,
to jak skąpo się wypowiedzieć, ale
gdy zdecydowałem, że gram w tę grę,
chciałem mieć fajne rzeczy i względny spokój,
swoje wypracowałem, jak widać średnio.

Lubię swoją pracę,
powtarzam to sobie codziennie,
kiedyś być może
utwierdzę się w przekonaniu.

No nic, przynajmniej nie tracę czasu na dojazdy
i nie muszę mieć niezawodnego samochodu,
stać mnie na los na motoryzacyjnej loterii
– może rozklei się klosz lampy tylnej,
może przepadnie na wieki wkład lusterka bocznego,
jak nie rozreguluje się geometria,
to może zabraknie płynu chłodniczego,
być może istnieją bardziej emocjonujące samochody,
być może emocje powinny wynikać z wrażeń z jazdy,
ale moje auto stoi, i to jest w nim najbardziej ekscytujące.

Nie zmienia to faktu, że jest niedziela,
słońce wpada przez niedomytą szybę boczną,
a my jedziemy przez nalot liści i krzewów.
To naprawdę świetna droga,
słyszeliście kiedyś o asfalcie?
Zdecydowanie powinniście tego spróbować!:
tak, jak kosztuje się architektury sakralnej
przerobionej na szczęście na hotel, restaurację
i plac zabaw dla szczeniąt gatunków wielu;
wszystko da się złapać w kilku kadrach,
można się zachwycić przestronnym parkingiem
i okolicznymi trasami rowerowymi, ale
można też zostawić auto na poboczu
i przejść się na Wapienniki,
gdzie woda czysta jak nasze intencje,
a piasek? Róża wam powie parę słów o piasku
pyszczkiem całym umazanym w piasku
(dokładne rymy nie pozostawiają miejsca
na domysły), tak, wrócimy tam w przyszłym sezonie,
świat nie jest taki zły, jeśli nie patrzysz w ekran
i inne nieoczekiwane korzyści płynące
z ogólnej niewiedzy, bo może i lepiej
nie mieć nic mądrego do powiedzenia,
niż przeklinać wszystkich gości w studio,
hm, przydałoby się przemyśleć swoje zachowanie,
kto pierwszy był człowiekiem?

Kto będzie nim ostatni? Wygramy na pewno!
Jeśli o mnie chodzi, już wygraliśmy.


Tomasz Bąk (ur.1991), poeta i tłumacz. Laureat wielu nagród poetyckich, w tym Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius za debiutancki tom Kanada (2012) i Nagrody Literackiej Gdynia za tom Bailout (2020). Poza wymienionymi książkami opublikował [beep] Generation (2016) oraz Utylizacja. Pęta miast (2018)

Antonina Tosiek – JAK PRZESTAĆ SIĘ OSZUKIWAĆ; poradnik (09.2021)

GŁOS W ANKIECIE „CÓŻ PO PRYWACIE” (patrz nr 5/2021)

Ostatecznie wszystko, co żyje, ma w środku jakąś kiszkę.
Jak działa jamniczek, Julian Antonisz i Danuta Zadrzyńska

Jamniczek będzie trochę gonił za własnym ogonem, bo jak pisać o problemie z prywatą cudzą bez prywaty własnej? Mam tutaj gościnne występy w charakterze – jak rozumiem – autorki wierszy, debiutantki; i to jeszcze wydanej tam, skąd te wszystkie wywiady i autokomentarze wspominane w odezwie Pawła Kaczmarskiego (zob. Cóż po prywacie, „Odra” nr 5/ 2021)  przywędrowały. Czyli siły nieczyste, produkty kapitalistycznej obróbki, kreacja, autokreacja i przepychanki. Niezupełnie. Za pieniądze za swój debiut poetycki kupiłam pralkę (7 kg ładowności!). I może jeszcze mniej pewnie ładowałabym się w te środowiskowe wnyki, gdyby nie niewielka stawka. Robienie poezji (czytanie to zupełnie inna sprawa) praktykuję dorywczo, projektowo. Dlatego trudno mi czytać wszystkie te koleżeńskie uszczypliwości po piórze (co to się dzieją w kuluarach i bardziej wprost) z poważną miną. Środowisko młodopoetyckie/młodokrytyczne przypomina american high school z filmów o cheerleaderkach (tylko w wersji zmaskulinizowanej, a zamiast pomponów są wychylone piwka i przerzutki nazwiskami zagranicznych teoretyków dla wsparcia dissu) i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

Czyli idzie o prestiż. A zdobycie tegoż ułatwiają nagrody, nominacje, internetowe polecenia spod palców (prestiżem już dysponujących) poetów
i poetek dobrze osadzonych w środowiskowych kontekstach. Ale to przecież dyskusja, która co roku wzbiera przy okazji sezonu nagrodowego i nie był nam potrzebny żaden English, żeby samodzielnie zdiagnozować patologie procesów stypendialnych i całej tej reszty. W skrócie: hazard o pozycję w stadzie. Atawizm, nic nowego. I niech sobie poezja nie myśli, że jest w tym względzie wyjątkowa.

Wszystkie przecież doskonale wiemy, że dla osoby chcącej debiutować wierszami liczą się cztery, w porywach pięć wydawnictw. Wyrachowanie
i rynkowa kalkulacja? Mechanizmy są dość podobne, choć w tym konkretnym przypadku gratyfikacja jedynie symboliczna. Osoby piszące  piszą dla innych piszących, krytykujące dla innych krytykujących, czasem następuje przetasowanie, fuzja z ciekawości. Nie nazwę stawki poczytnością, bo do poczytności poezji najnowszej daleko (zerknijcie, co fanki i fani Wojciecha Szota – symbolu smutnego zjawiska celebrytyzacji rodzimej „krytyki” literackiej – wypisywali pod jego postem o wierszach Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej z okazji przyznania jej Nagrody im. Szymborskiej), samo zaistnienie jakiegokolwiek czytania jest już wystarczającym argumentem. Przecież nie jest tajemnicą, że nawet najbardziej zapracowani krytycy i oczytane krytyczki (krytycy-krytycy, krytyczki-krytyczki, czyli z narzędziami) nie są w stanie choćby przekartkować większości nadprodukowanych tomów poetyckich, które ukazują się każdego roku, bo musieliby i musiałyby kartkować bez ustanku; projektariat, wiadomo, nie śpi, ale bez przesady. Na górze stosiku lądują więc najczęściej te z poleceniami, z dorobkiem, środowiskowym wsparciem, logo znajomego wydawnictwa. Dzieją się oczywiście chwalebne działania na rzecz zmiany oraz zwiększenia widoczności niszowych inicjatyw, ale nie oszukujmy się, gdyby wydawnictwo papierwdole nie kręciło się wokół postaci Konrada Góry, nie wydałoby nowej książki Ilony Witkowskiej,
a środowisko nie udostępniałoby tak gromadnie ichniej zbiórki na Patronite (do wsparcia której i ja Was zachęcam, bo to kolejny szturm na monopol).

Bieg z przeszkodami. Przez płotki. Z często nieszczerymi uśmiechami dalszego państwa koleżeństwa na trybunach. Zawodniczek i zawodników jednak całkiem sporo. Skąd zatem takie zainteresowanie startem? Każdej i każdemu przyświecają zapewne zupełnie inne pobudki. Mnie samą mało interesuje lektura konfesyjnych książek-raportów z własnego podwórka, które z niczym się nie wadzą, o nic nie wnioskują, na nic nie uwrażliwiają. Patos, powiecie, ignorancja względem warsztatu. I trudno. Choćby nie wiem, jak sprawny był wiersz, jeśli jedyne, czym się zajmuje, to zachwyt nad własną pseudoawangardową formą czy wziętą (ręka w rękę z koniunkturą mini-rynku) innowacją, długo ze mną nie zostanie. Wszystkie mamy swoje subiektywne miary, prawda? Na szczęście są też wiersze po prostu powalające, które rozmontują każdy uznaniowy system. Taki na przykład wiersz pt. nie wiem nic Macieja Taranka z genialnego impresariatu. On mnie ma na uwięzi.

Często zawstydza mnie cudza wylewność w Internecie. Zdjęcia z intymnych wydarzeń, emocjonalne opisy jednostkowych doświadczeń, filmy z półnagimi dziećmi, których wizerunek dla własnej uciechy wykorzystują rodzice. Ale przecież nikt mnie nie zmusza do ich oglądania i czytania, skroluję dalej. Każda stawia granicę własnej prywatności tam, gdzie ma ochotę i nic nikomu do tego. Czy bycie mamą, osobą niebinarną, rozwódką albo kolekcjonerką memów z pieskami powinno stanowić przedmiot publicznej dyskusji? Jeśli dana osoba postanawia uczynić z tego istotny element swojej wypowiedzi artystycznej (ergo nadaje temu znaczenie ponadosobiste), okej, pisz. Jeśli zaś nie, Droga Krytyko, czym się różnisz od plotkarskiego portalu? Chyba tylko lacanowskimi ambicjami.

A jak to naprawdę jest z tą podmianką oceny twórczości na ocenę wizerunku?
Po pierwsze – ma miejsce. Dopuszczają się jej zarówno piszący i piszące,
jak i krytykujący oraz krytykujące. Do układanki należałoby także dodać krewnych i znajomych królika, bo, wiecie, stado. Łatwiej się wkracza w obieg, kiedy ktoś cię przedstawia przy zatłoczonym stoliku. W czym zatem ten stary jak świat proceder kumoterstewka jest lepszy od udzielania wywiadu o kulisach powstawania książki, że nie zasłużył na podobną ankietę? Będziemy udawać, że życie literackie przy piwku ma mniejszy potencjał namaszczania swoich nowych ulubieńców niż kilka postów na fejsie? Wszystkie i wszyscy się do tego przyczyniamy. Nawet jeśli tak-jakby-trochę niechcący, bo bardziej z boku, w trybie wakacyjnym.

Kasia Szweda napisała książkę o miejscu, z którego pochodzi. Ja napisałam książkę o użyciu miejsca, z którego nie pochodzę. Pod ostrzałem ląduje tylko jedna z nas. Kasia bardziej musi się tłumaczyć z własnej tożsamości pogranicznej niż ja z jej braku. Oczywiście – nasze stawki i cele były zupełnie inne, ale mamy udawać, że w obronie mojego storytellingu przed środowiskowym ostrzałem niestają prowadzone badania, uniwerek i wiersz ze słowem „metodologia” w siódmym wersie? Sama o wiele bardziej identyfikuję się z byciem badaczką niż osobą piszącą poezję, więc chociaż z pewnością nie napiszę już żadnego wiejskiego wiersza (p r o j e k t), na etapie powstawania książki obie te sfery silnie się ze sobą zbratały. Żeby jednak nie było tak łatwo, odbijmy piłeczkę. Czy nie usłyszałam, że Biuro Literackie zdecydowało się wydać moją książkę jedynie ze względu na „chodliwość” chłopskiego tematu? Jasne, że usłyszałam. W 2017 roku nawet Leder i Sowa smutno kurzyli się na półkach, ale kto by takie rzeczy brał pod uwagę. Przez te kilka lat miałam jednak szansę poprzyjeżdżać na Stację, opublikować swoje pierwsze wiersze na stronie wydawnictwa, przeprowadzić rozmowy wokół „Połowu”, pracować z ważnymi dla mnie poetkami i poetami. Czy ułatwiło mi to debiut? Tak. Czy wpłynęło na kreację mojego i koleżeństwa wizerunków? Pewnie też. Czy gdyby BL
z wyrachowaną miną wykorzystywało dla zysku (eee?) swoje młode autorki
i młodych autorów, nadal tak wiele i wielu z nich słałoby do niego swoje projekty? Słuchajcie, Dawid Mateusz na pewno zabiera kolejnym „Połowom” kieszonkowe i bony na drożdżówki ze sklepiku!!! Ale też: czy nie miałam dużych obaw przed tegorocznym festiwalem Biura i współprowadzeniem wraz z Kubą Skurtysem kilku wydarzeń? Miałam. Z wielu względów. Wiedziałam przecież, jakie komentarze może to sprowokować. Poszło, zrobiliśmy, dało mi to wiele frajdy. Mam przestać lubić rozmawianie o książkach, bo wikłam wtedy swoją „własną osobę prywatną” w jedną grę z poezją?

A, wiersze! Nie dostało się Bosorce, dostało się właśnie „własnej osobie prywatnej”, która jest z materią swojego pisania silnie zżyta, bo – uwaga, uwaga – ma łemkowskie pochodzenie. Skoro wiersze schodzą na drugi plan, niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego pogardliwą tożsamościówkąnie rzuca się w stronę Tkaczyszyna-Dyckiego, Małgorzaty Lebdy? Dlaczego kartą matczynej tożsamościówkigrało się przez tyle lat w tekstach o Joannie Mueller, a panowie ojcowie-poeci publikowali (i publikują nadal) proste wiersze-obrazki o własnym tacierzyństwie bez obaw przed krytyką? Jeśli wygrywa wizerunek, bo rynek, bo klikalność, bo autokomentarze w „BiBLiotece” (nie znam chyba osoby autorskiej, która musiałaby taki komentarz napisać i nie byłaby z tego powodu zakłopotana), to dlaczego wokół takiej np. Bosorki  powstają wywiady, nie zaś recenzje? Nie oszukuj się, Droga Krytyko, nawet jeśli miałaś swoje opinie na temat opowiadania o Łemkach przy pomocy takiego właśnie obrazowania, takiej właśnie poetyki, to Twoje zdanie okazało się mało znaczące. Książka Kasi Szwedy jest najlepiej przyjętym debiutem 2020 roku; trzy duże nominacje, spora sprzedawalność (ranking najpopularniejszych książek roku na poezjem.pl), niezwykle pozytywny odbiór czytania Kasi podczas ostatniej Stacji Literatura w Stroniu Śląskim. Bosorka zadziałała. Udało jej się wyjść poza wąskie grono środowiskowych odbiorczyń, trafiła do osób z pochodzeniem łemkowskim i stała się dla nich ważna. Roboczo nazwałam to sobie „testem prawdziwego świata”.

Spierajmy się merytorycznie, na wiersze. Poza wrażeniami mamy też chyba narzędzia, tropy i złączki, prawda? Chociaż sama często sceptycznie podchodzę do wywiadów z autorami i autorkami (z obawy przed rozczarowaniem, popsuciem wrażenia), coraz częściej trafiam na rozmowy pogłębione, samoświadome, dotyczące spraw spoza autorskich medytacji nad własnym ego. Nawet jeśli ich lektura sprawia mi przyjemność – wiersz jest wierszem, mówi sam za siebie, znaczy sam za siebie. A przynajmniej powinien. Należy też zaznaczyć, że coraz częściej na infantylność i śmieszność takich rozmów czy spotkań mają wpływ osoby prowadzące, piszące próbują się po prostu wykaraskać z tarapatów. Trzeba znać swoją widownię, powiecie, festiwale, powiecie. Bzdura. Niekompetencja samozwańczych krytyków, taka to właśnie przyczyna. Ale to na tych większych boiskach. My, klasa młodopoetycka, kiedy się wywracamy, to – wiadomo – gołymi kolanami po betonie.

Przyznajmy, kółko mamy naprawdę niewielkie. Książki są przecież współredagowane, oblurbowane poleceniami znajomych, czytane
i recenzowane przez jeszcze innych znajomych. Nawet jeśli tylko takich na niemrawe „cześć”. Każde środowisko artystyczne mierzy się z podobnymi problemami. Żonglerka wizerunkiem nie jest niczym nowym. Nie jest też wcale bardziej nachalna niż kiedyś. Platformy się zmieniają, metody cyfryzują, stado pozostaje stadem. Ale my jesteśmy przecież od wierszy. Rozmawiajmy o wierszach. Co robią, jak to robią i po co.

Skoro rozumiemy, jak wszystkie te mechanizmy na nas wpływają, skąd się biorą i dlaczego mogą okazać się dla naszej czytelniczej suwerenności niebezpieczne, dobra nasza. Teraz wystarczy samą siebie bacznie obserwować.
I szukać wiersza, który nie daje spokoju.



Antonina Małgorzata Tosiek – ur. 1996. Pisze wiersze i utwory sceniczne. Laureatka kilku konkursów poetyckich, między innymi: Małopolskiej Nagrody Poetyckiej ,,Źródło”, OKP im. Zbigniewa Herberta, OKP im. Haliny Poświatowskiej, a także projektów „Połów” 2018 i „Wiersz doraźny” 2018, organizowanych przez Biuro Literackie.  Publikowała m.in. w „biBLiotece”, „Piśmie”, „Przekroju”, „Czasie Kultury”, „Małym Formacie” i „Kontencie”.
W tym roku zadebiutowała tomem storytelling.

Łukasz Żurek – TO SAMO ROZPOCZĄĆ OD NOWA [rec. Sz. Kopyt „konfetti”] (09.2021)

Miejsce, z którego startuje najnowszy tomik Szczepana Kopyta, konfetti (WBPiCAK, Poznań 2021), określił poemat cała wstecz, stanowiący centrum jego poprzedniej książki, czyli na giełdach nadprodukcji pikują akcje przetrwania. Wiązkę powracających w tym niepokojącym utworze motywów, takich jak pętla, pusta nostalgia czy zamknięcie podmiotu w zgranych językach, odnajdujemy w otwierającym najnowszy tomik motcie z Osiemnastego brumaire’a Ludwika Bonapartego Karola Marksa. Mowa w nim o tradycji „wszystkich zmarłych pokoleń” jako ciężarze dla żywych oraz o epoce kryzysu rewolucyjnego, w której do tworzenia czegoś, „czego nigdy jeszcze nie było”, klasa rewolucyjna posługuje się zapożyczonym językiem i z konieczności przywołuje duchy przeszłości. Autor buchu przenosi Marksowskie rozważania nad przeszłością na poziom horyzontu współczesnej wyobraźni (tak poetyckiej, jak i politycznej) już w otwierającym konfetti minimalistycznym obrazku:

okupowany kraj noc ucieczka
przed służbami

typ bez hajsu laska z brzuchem
lokalsi dość chłodni i ona

rodzi w jakiejś ruderze
wojsko dokonuje czystki etnicznej

cała trójka potajemnie
przekracza granicę

(początek)

Analogia między sytuacją towarzyszącą narodzinom Jezusa a kryzysem migracyjnym zmusza do zastanowienia nad sensownością mówienia
o politycznym „teraz” za pomocą figury bardzo mocno zakorzenionej
w tradycji. Zauważenie napięcia między prekarnym życiem a zarządzającym nim aparatem władzy (okupacja, służby, granice, wojsko…) sprawia, że dostrzegamy również uniwersalny charakter tej relacji. Podobne wnioski towarzyszą pierwszej lekturze wiersza obowiązki królowej śniegu, w którym zakorzeniona w tradycji baśniowa konwencja służy opowiedzeniu historii produkowania śniegu przez królową-kapitalistkę. Tym razem nie chodzi jednak o zwrócenie uwagi na to, co wspólne i uniwersalne, lecz o wyłuskanie krytycznego potencjału z charakterystycznego dla baśni sposobu obrazowania. Otóż motyw magicznej sprawczości jednostki wyjaskrawia tło wiersza, czyli upiorny obraz przyrody podporządkowanej mechanizmom rynkowym, zarządzanej przez „maszynerię wytwarzającą biel”.

W dalszych, niecytowanych w motcie do konfetti fragmentach z Osiemnastego brumaire’a… Marks stwierdzał, że nowoczesna rewolucja nie z przeszłości, lecz jedynie z przyszłości czerpać może swą poezję, stąd powinna się wyzbyć wszelkiej zabobonnej wiary w przeszłość. Nie przypadkowo więc nadzieję na przełamanie kryzysu wyobraźni politycznej Kopyt ewokuje obrazem „przemiany archiwów w konfetti na czas zwycięstw” (starsi). Poecie bliżej jest jednak chyba do bardziej subtelnej relacji między tym, co „stare”, a tym, co „nowe”:

Wszystko stare jest nowe, gdy dbasz o swój wzrok.
Nie chodzi tu jednak o zmysł, którym ślepisz.
Wzrok przenika mrok – widzi, kiedy łżesz

(wzrok)

Krytyczne spojrzenie miałoby umożliwiać dostrzeżenie ideologicznego charakteru wiecznego „teraz”, jaki roztacza przed nami realizm kapitalistyczny, karmiący się kliszami z kulturowo-politycznego imaginarium. M.in. o tym opowiada wiersz robotnice, w którym Kopyt pokazuje sposób, w jaki zarządza się przedstawieniami klasy robotniczej po to, by wytworzyć przeświadczenie, że walka klas to przestarzały koncept:

i kiedy szturmują kolorowy ekran newsów
wiesz bo upewniono cię że to szachrajstwo
że steruje nimi obce bóstwo lub mocarstwo

(…)

W książce kilkukrotnie powraca temat konieczności pozbycia się naiwnych, stereotypowych wyobrażeń na temat współczesnego porządku klasowego, tak aby już w teraźniejszości dostrzec to, co nowe: „cały przyszły proletariat”, „nieabstrakcyjną masę” (my). Widma przeszłości oraz myślowe klisze, z którymi trzeba sobie jakoś poradzić, nie mają sprawczości same z siebie, lecz są przywoływane i reprodukowane przez konkretne grupy. O ile we wcześniejszych książkach Kopyta gniew wymierzony był zazwyczaj w tych, którzy sumienia macie/ utytłane w zakrzepłym czasie pracy (uderzenie z tomu kir), o tyle w konfetti poeta znacznie częściej atakuje określone odłamy środowisk lewicowych. W najbardziej satyrycznych i jednocześnie ryzykownych fragmentach książki krytykuje reprezentantów odległych od siebie nurtów lewicowej myśli, czyli marksizmu-leninizmu (tankietka) oraz utopijnego anarchizmu (na marginesie wstępu), za to samo: zabawę w rekonstrukcje historyczne, ignorowanie rzeczywistej struktury klasowej. Z kolei w wierszu zawodowcy poeta kpi z uniwersyteckich wykładowców, zamieniających radykalne idee w hasła, które tracą swój związek ze społeczną praktyką:

gdy krzyczał
siły wytwórcze
uderzał pięścią w blat

(…)

gdy mówił niepewnie
walka klas
szukał interakcji między jednostkami

Jak wyobrazić sobie to, co wykraczałoby poza zbudowane z widm przeszłości „teraz”? Temu zadaniu służy m.in. zbijająca z tropu piłeczka, wiersz będący próbą rozhuśtania lewicowej wyobraźni zafiksowanej na konkretnym obrazie osławionego jednego procenta najbogatszych ludzi (ci wszyscy piękni ludzie z modnego świata/ lepszego bogatszego…)poprzez absurdalną, infantylną historyjkę o pieskach, głaskach i kąskach. Jako ćwiczenie z wyobraźni można również potraktować dystopijną miniaturę, przywodzącą na myśl zakończenie pierwszej części Zakładów holenderskich Radka Jurczaka[1]:

fabryka

wody

czy wiersz Horyzont, przedstawiający wizję codziennego życia po końcu kapitalizmu:

(…) Nie znamy
czasu przyszłego,
własności prywatnej,
państwa.

Wychylenie w przyszłość, połączone z diagnozą współczesności, najmocniej widoczne jest w Wersach o koniecznym oporze – pisanym prozą quasi-manifeście politycznym, który poprzez swoją „traktatową” formę przypomina rozwiniętą, znarratywizowaną wersję niektórych wcześniejszych utworów Kopyta (np. nowej jakości z tomu sale sale sale czy wypisów dla klas pracujących z książki z a b i c). To chyba najbardziej bezpośredni i deklaratywny tekst, jaki poeta opublikował od czasu poematu uderzenie, bez reszty skupiony na projektowaniu „Wegańskiej Rewolucji Komunistycznej”, odrzucającej zarówno „lewacko-autorytarne” fetysze stylu życia klas pracujących i produkcyjności, jak i autonomistyczną antypartyjność, rezygnującą ze zorganizowanej walki. Wersy… nie są jednak oderwane od całości książki, bronią się jako konieczny element jej kompozycji. Dyskursywną formę Wersów… zapowiada bowiem zakończenie wiersza my:

8

musicie widzieć to rozłącznie by o tym opowiadać
mówią

9

co jest nie tak z tym wierszem
to ekstrakt
możesz się
skrzywić

Pytanie „co jest nie tak” pojawia się w my również wcześniej i sygnalizuje albo to, że dany fenomen jest niezrozumiały, albo że nie pasuje do całości wiersza. Część ósma, będąca negatywem zakończenia o potrzebie ponowoczesnej pieśni religijnej z sale sale sale (te dwie rzeczy powinieneś widzieć/ łącznie zawsze łącznie nigdy jako jedno), sugeruje jednak, że być może sama struktura wiersza uniemożliwia odpowiednie ustawienie krytycznego spojrzenia. Zamiast ekstraktu Kopyt proponuje więc Wersy… – bardziej potoczysty utwór, który jednocześnie konkretyzuje nadzieję na przekroczenie horyzontu realizmu kapitalistycznego i stanowi odpowiedź na motto z Marksa. Kopyt porzuca bowiem tożsamościowe sentymenty lewicy w imię utopijnej nadziei wyrażanej przez widma przeszłości, nie po to, aby zaakceptować status quo.

Niestety, w podobny sposób nie tłumaczy się jedenaście wierszy następujących po Wersach… Znajdziemy wśród nich teksty lepsze (COINPLEX), gorsze (swastika eyes) lub po prostu średnie, ale wszystkie, niezależnie od swojej jakości, sprawiają wrażenie, że nie są potrzebne dla całości książki, tak jakby naprawdę kończyła się ona znacznie wcześniej. Poczucie nadmiarowości towarzyszy również przy kontakcie ze znajdującymi się w konfetti zdjęciami autorstwa Colet Marion. W pojedynczych momentach, jak w przypadku robotnic czy wyobrażenie o tym że będzie, fotografie w ciekawy sposób dopowiadają wiersze. Czasem  znajdziemy na nich dość banalne reprezentacje czegoś, o czym mowa w tekście (np. światła mijania, bam czy wzrok). Znacznie częściej jednak prace artystki po prostu konotują polaroidową nostalgię, podszytą bezpieczną dziwnością. O ile we wcześniejszych książkach Kopyta warstwa wizualna stanowiła ich integralną część, o tyle w najnowszym tomiku przypomina, nomen omen, konfetti.


[1] potrafisz pomyśleć o wodzie jak o siódmym przypadku,/ spokojnym i nieużywanym, zawsze na końcu języka? (Cena wody w koloniach po raz pierwszy przekracza 100$ za baryłkę).



Łukasz Żurek – ur. 1991. Filolog, krytyk literacki. Mieszka w Warszawie.

Sara Akram – wiersze (09.2021)

po drugie: gościem specjalnym Eurowizji będzie Kero Kero Bonito

mój dostęp przeciw twojemu zawieszam
roztwory rzeczy w kauczuku

w niebieskie czy różowe klikasz?

prototypujesz kaskady w mleku tężeją świeżo
zawłaszczone syntaksy; mieć w zasięgu dłoni
punkty imigracyjne i woskowe naręcza blików

w niebieskim czy różowym klikasz?

środek amnestii określa page rank
przeciskam się i znikam znikam
mój szer wbrew śladowi węglowemu


glosy na trawnikach kryształowych metropolii

ksokso stukający w klawiatury stukają w klawiatury
ubogie w nikiel Fragleska podpina klipsy pod skurczone
horyzonty między klawiszami niknie fluid [ubogie w niepamięć]

w czasie rzeczywistym reagować w czasie pustym
mieć potrzeby i lęki odkładać składki na patronite
w miejscach pełnych piasku albo gwiezdnego pyłu
platformy pokrywa drobnoziarnisty pleksiglas ksokso

oddaj swój czas niech inni go ponoszą


random : polaroid

diody są pełne karmelu przesuwam palcem po
multifresku chorują we mnie ubery otaczają
zaangażowaniem przesypują kropki aktualizują wody

kołują w nas ubery zaczynają linieć wzniecać czerwone
światła i niebieskie trasy cytrusy na języku i szeptane
wirale skrzętnie zwinięte w źrenice

moje fleksi są lewoskrętne



Sara Akram – ur 1994. Doktorantka w zakresie językoznawstwa polonistycznego (UMCS). Publikowała m.in. w „Stonerze Polskim”, „Tlenie Literackim”, „Stronie Czynnej”. Laureatka 15. edycji „Połowu”. Mieszka
w Lublinie.

Jarosław Dudycz – wiersze (09.2021)

Skunks

To pięknie i zdrowo, że rozstałaś się
z tym chłopakiem, on nie miał dobrej
opinii na mieście.

Podobno bił dzieci i staruszki
i był ważnym cynglem grupy Skunksa.
Robił u niego w dziale windykacji,
a Skunks nie wybacza, brzydzi się litości.

Czy wiesz, skąd w ogóle ta ksywka:
Skunks? Stąd, że śmierdział straszliwie
każdy biznes Skunksa.

Gość wchodził wszędzie razem z drzwiami
i był zamieszany w głośny mord w Łomiankach.
Najpierw strzelał, a potem pytał,
haraczował dziadków z warzywniaków
i dla okupu uprowadzał małe japońskie pieski.

Skunks to naprawdę kawał skunksa.

Spadł mi kamień z serca, że już nie paradujesz
z tymi bandytami, Ula. Ulżyło mi i śnię spokojnie
swoje miękkie sny.

Bałem się z całej duszy, że ci ludzie
przehandlują za wódę bez akcyzy twoje śliczne piegi.
Bałem się też, że pod ich wpływem zatracisz
krytyczne spojrzenie na Margaret Thatcher.


Ona

To właśnie ona uczyła mnie
szacunku do poezji.

Widywałem ją nocą,
gdy zbliżała się do regału
i po cichu zdejmowała z półek
kilka tomików wierszy.

Zwykle brała trzy lub cztery
i zanosiła je ostrożnie do sypialni.
Tam z czułością i delikatnie
układała tomiki do snu.

Wiem, że łagodnym głosem
śpiewała im kołysanki,
a w mroźny czas pamiętała, by opatulić je kocem.

Później siedziała przy nich,
dopóki nie zasnęły.
Czasami do rana.

Zostawiała je same dopiero
wtedy, gdy milknął
szelest papieru.



Jarosław Dudycz – poeta, prozaik; autor książki poetyckiej Czarna skrzynka (2020), nominowanej do nagrody Silesius w kategorii debiut oraz wyróżnionej w konkursie Złoty Środek Poezji; opowiadania drukował w czasopismach, np.
w „Twórczości” i w „Piśmie”; w 2016 roku był finalistą konkursu Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

Adam Partyka – ZDANIA PROSTE, ZDANIA ZŁOŻONE [rec. Sz. Szwarc „Cukry złożone”] (06.2021)

Cukry złożone to zdecydowanie najbardziej konceptualny z trzech wydanych do tej pory tomów Szymona Szwarca. Warto podkreślić to od razu, bo przyjęta przez poetę metoda – bazująca przede wszystkim na kontaminacji związków frazeologicznych, swobodnym oscylowaniu między konkretem a abstrakcją, stosowaniu modyfikujących sens zdania przerzutni oraz homonimii – prowokować może skojarzenia z grą słowną i nieufnością wobec języka spod znaku poezji lingwistycznej. To jednak nie język jest bohaterem tomu – przynajmniej nie on jeden. Szwarc porusza się pomiędzy różnymi tematami, począwszy od niepokojów społecznych kryzysowego roku 2020 ([CHCIAŁEM protestować], [CHCIAŁEM spacerować]), poprzez doświadczenie utraty (Garażu), kondycję małomiasteczkową (Peronu), odczucia narodowe (#) i złożoność stanów emocjonalnych (Słoneczko), na stosunku ludzkiej i kosmicznej perspektywy kończąc (Kosmos). I choć przez cały czas tematyzuje rolę słowa – tak w poezji, jak i w codziennej komunikacji – przedmiotem jego refleksji jest nie tyle język, ile raczej jego własne doświadczenie języka i konsekwencje, jakie ma ono dla jego poezji.

Żeby się o tym przekonać, wystarczy przyjrzeć się przekształceniom, jakim Szwarc poddaje językowe prefabrykaty. Rozbijając i zderzając utarte związki wyrazowe nie stara się wcale tropić ukrytych w nich przekłamań – jego celem nie jest obnażyć fałsz, nieprecyzyjność czy ideologiczne nacechowanie bezrefleksyjnie powtarzanych na co dzień klisz słownych – lecz od razu przemieszcza się na teren idiosynkrazji; modeluje język na sobie tylko właściwy sposób i obserwuje, jakie będą tego konsekwencje:

Poddajcie adres nastroju, którego nie można uwiecznić.                            
Poddajcie adres ustroju, który przed chwilą się zmienił.

(#)

Mocno przetworzony język ma za zadanie stworzyć odpowiedni mikroklimat dla refleksji; stanowi środowisko, w którym Szwarc może wyartykułować intuicje dotyczące upływu czasu, poczucia przypadkowości i celowości, osobliwości doświadczenia zmysłowego czy w końcu – sposobu działania wiersza. Owszem, wiele w tomie można znaleźć metatematycznych i quasi-programowych komentarzy, które odsyłają w rejony różnie rozumianego nominalistycznego sceptycyzmu i problematyzują skuteczność komunikacji:

Jest bez sensu, jest impreza, odpłynęły nazwy
rzek i gór, to miasto, jego ulice, jak? Jak to
leciało?

Kto to zorganizował?
Nazwy są takie puste i nikt w nich nie mieszka.
Nikt nie przychodzi.

Zdania proste są bez sensu,
zdania złożone są złożone
bez sensu.

Wkładać w nie nazwy, wprowadzać się do nich,
zapładniać i sprzątać, odwiedzać sąsiadów.
Wpadać i wypadać.

(Jajo węża)

Dziwi to jednak nieco i zastanawia, ponieważ nie znajduje żadnego odbicia w treści Cukrów… – choć miejscami wymagający, tom jest precyzyjny i komunikatywny. Nie znajdziemy w nim celowego zaszumiania przekazu, wsobnego hermetyzmu, tripowych odjazdów czy surrealistycznego słowotoku. Antycypację tego zainteresowania problemami odniesienia terminów można znaleźć już w Umowie o dzieło, gdzie w wierszu Zbiór pusty Szwarc zastępował abstrakcyjne i konkretne rzeczowniki literami, używanymi na wzór zmiennych w równaniu lub symboli w formule logicznej (A i/ B siedzą w punkcie Z, dokładniej/ – na ławce Ł). Ten sam sposób myślenia o nazywaniu pojawia się w Cukrach… wszędzie tam, gdzie Szwarc korzysta z cudzysłowów i nawiasów kwadratowych:

Gdzie nie spojrzę, tam spoglądam na promocję
i nie ma tam kluczy. Tam [słowo] pszczoła.
Tam [słowo] dron. Gdzie nie spojrzę,

tam spoglądam na zbiory, przywiązane do siebie
rzeczy: ich brak znaczenia łączy je
w ścianę [wyrosłą z bycia

nią].

(Wielki głód vol. 2)

Można to po prostu potraktować jako poetycką deklarację bez pokrycia – filozoficzne dywagacje pisane trochę dla rozrywki na marginesie tomu; wiersze, w których atrakcją ma być sama pozornie skomplikowana myśl. Można też jednak pójść nieco inną drogą i spróbować zrozumieć, co Szwarc rozumie przez owo „bez sensu”.

Zacząć trzeba od zwrócenia uwagi na specyficzną konstrukcję wierszy; spora część utworów jest dość długa i złożona z wielu nietytułowanych części. O ile samą większą objętość Szwarc wypróbował już w Umowie o dzieło, nowością jest ów wewnętrzny podział. Każda z cząstek rozwija jakąś względnie domkniętą myśl lub ustanawia jakiś elementarny związek między słowami/pojęciami, ale części te stają się zrozumiałe dopiero w planie całego utworu, którego rama nadaje im sens, jednocześnie wynikając z ich zsumowania. Taka dialektyczna relacja części i całości nie jest oczywiście w poezji niczym nowym, ale u Szwarca przybiera szczególnie ciekawy kształt. Można to najlepiej zilustrować na przykładach takich utworów, jak Bojler Bób, #, Słoneczko, Ślimaki, Peronu, Garażu czy – jak poniżej – Wielki głód vol. 2:

Kukułki, raczki: złożyłem je w ziemi.
Papierek po marsie w tylnej kieszeni,
czy to ja go zjadłem? (…)

*

Kiedyś jadłem prototyp kanapki.
Nie pamiętam, z czym była, ale była naprawdę
dobra, a potem

nie chciało mi się już jeść,
tylko kochać.

*

Papierek po marsie, w nim moja pieśń.
Pieśń o zrzucaniu cienia [kontrollo, chorrobo],
pieśń o wyparciu

treści. (…)

*

Początkowo Mars był brudny i opuszczony.
Później stał się zielony i odpychająco wesoły.
Po powrocie sondy zwróciłem cukry.

Początkowo Mars był mało interesujący.
Później został poddany intensywnej promocji.
Po powrocie sondy zwróciłem cukry.

Odechciało mi się kochać
i wtedy znów zacząłem
jeść.

(…)

*

Zwracam uśmiech na ścianę,
to nie moja własność,
to jest cudza własność.

Zwracam uśmiech na ścianę,
ta ściana ma tylko jedną stronę,
ten uśmiech to była pożyczka.

Nie trzeba tego pamiętać.
Po tamtej stronie ściany
brakuje ściany.

Po tamtej stronie głodu
nie ma już głodu.
Nie ma już ścian.

Pomiędzy cząstkami nie ma związków ścisłej regularności (choć zdarzają się korespondujące ze sobą w różnych cząstkach paralelizmy składniowe czy powtórzenia), a każda z nich jak gdyby „od nowa” rozpoczyna liryczną narrację, biorąc jednocześnie za punkt wyjścia nawarstwione już wcześniej znaczenie, a więc – posuwa się o krok dalej w konstruowaniu całości, robiąc to jednak pod pozorem podejmowania własnego, względnie niezależnego wątku. Zasadniczą strategią pracy autora jest zaś konsekwentne i stopniowe kumulowanie sensu. W przytoczonym wierszu centralny problem, jakim jest tytułowy głód, zostaje opracowany w (co najmniej) trzech  kontekstach: toposu erotycznego wymiaru łaknienia (jedzenie–kochanie), wizji obcego terytorium jako przestrzeni pozaziemskiej (Mars) oraz pytania o kierunek przepływu informacji w naszych społecznościowych oknach na świat (Facebookowa „ściana”). Każda z cząstek krąży wokół tematu, naświetlając go z nieco innej strony, choć lektura jednej z nich nie pozwoliłaby w pełni zrekonstruować funkcji poszczególnych zwrotów. Efektem tej strategii jest niezwykła lekkość i swoboda zdań, które wydają się poruszać niezależnie od kierunku wiersza, ostatecznie ujawniając swoje ścisłe z nim związanie. Sprawia ona również, że trudno właściwie poezję Szwarca cytować inaczej, niż przywołując całe utwory – a jak wspomniałem, mowa często o utworach kilkustronicowych – powyższe cytaty są wynikiem daleko idących kompromisów. Drobna nawet nieostrożność wystarczyłaby, by pójść zupełnie w poprzek intencji zawartej w wierszu.

Być może z tego samego powodu podczas lektury można odnieść wrażenie lokalnych rozrzedzeń sensu i znaczeniowej bezwładności słów. Sądzę, że to zjawisko miał na myśli Jakub Skurtys, gdy w swojej recenzji Cukrów…[1] pisał o „rozszczelnieniach i upłynnieniach”, „retorycznych piruetach”, „nieskutecznym działaniu wiersza”, „usuwaniu miejsc wzmożonej sensotwórczości” i zawieszaniu się liryki Szwarca „między próbą traktatu i kpiną”. Nie jest to jednak moim zdaniem więcej, jak tylko wrażenie, którego przyczyną może być właśnie obecność fraz pozbawionych łatwo uchwytywalnego sensu w oderwaniu od całości wiersza.

Nie podzielam więc stanowiska wrocławskiego krytyka, który za Adamem Wiedemannem określa poezję Szwarca mianem sentencjonalnej. W moim wyobrażeniu przymiotnik ten desygnować mógłby wypowiedzi literackie bogate w takie sformułowania, które łatwo odrywają się od źródłowego kontekstu i zaczynają funkcjonować samodzielnie jako z różnych przyczyn trafne czy atrakcyjne. W Cukrach… nie może być o tym mowy – w większości przypadków frazy Szwarca odizolowane od swojego miejsca w wierszu stałyby się bądź niezrozumiałe, bądź w swym dość abstrakcyjnym częstokroć kształcie zachęciłyby do przypisywania im rozmaitych znaczeń niewiele mających wspólnego z ich zamierzonym wydźwiękiem, a więc – do tworzenia na ich podstawie nowych wypowiedzi. Wyimki z tomu mogłyby być rzecz jasna w podobny sposób wykorzystane, ale w naprawdę niewielu przypadkach akt taki pozwoliłby na zachowanie czegoś więcej niż zwykła kolejność słów. Trudno nazwać Szwarca sentencjonalistą. Zgoda, że jego zdania zapadają w pamięć. To jednak złożyłbym na karb ponadprzeciętnego słuchu i wyczucia językowego, które w Cukrach… nie służą jednak wcale wytwarzaniu „potencjalnych złotych myśli”, ponieważ zgrabne sformułowania ramowane są i „neutralizowane” natychmiast właśnie przez wysoką współzależność elementów składowych każdego wiersza. Nawet jeśli czytelniczka chciałaby zachwycić się tym czy innym ładnym zdaniem, na przeszkodzie staje pojawiająca się od razu świadomość, że niemal żadne ze zdań w tomie samo z siebie nic nie sprawia – ciężko więc byłoby uznać którekolwiek za kandydata do roli obiektu zachwytu. I piszę to jak najbardziej aprobatywnie – cecha ta stanowi o przewadze poezji Szwarca nad tymi idiomami, w przypadku których wycyzelowane zdanie przede wszystkim ma za zadanie skupiać uwagę na samym sobie, nie zawsze będąc dobrze wkomponowanym w wiersz. W przypadku Cukrów… – wprost przeciwnie – mamy do czynienia z tomem niezwykle spójnym i równym, a ów medytacyjny, trochę wręcz sofistyczny ton, który prowokować może takie określenia, jak „sentencjonalność”, równoważony jest przez przemyślane i złożone struktury, w których występuje. Forma wiersza z jednej strony udaremnia próby sprowadzenia wartości fraz do ich powierzchownego powabu, a z drugiej – zabezpiecza ich na pozór chybotliwe sensy. Wiele zdań w tomie jest sexy, ale ten [s]eks jest bezpieczny. Forma chroni/ przed zniknięciem (Słoneczko).

Tytułowe cukry złożone metaforyzują być może tę właściwość tomu, wokół której od początku krążę. Że wiersz, podobnie jak związek chemiczny, jako całość wykazuje własności nieprzynależne jego częściom, to wiadomo. Warto może byłoby jedynie zatrzymać się na chwilę przy konkretnej substancji, którą wybrał Szwarc. W wyniku łączenia się w dłuższe łańcuchy cukry proste tracą pewną swoją właściwość, jaką jest subiektywnie odczuwana przez człowieka słodycz. Czy miałoby to być wezwanie do podejrzliwego traktowania mniejszych części składowych tomu? Taki wniosek nasuwa sama lektura, choć powstrzymałbym się przed doszukiwaniem się u Szwarca pustych przebiegów języka, zawieszenia komunikatywności, upłynnienia znaczeń czy jakichkolwiek operacji z zakresu postrukturalistycznej podejrzliwości wobec relacji znaczącego i znaczonego. Bliższe prawdy byłoby chyba stwierdzenie, że Szwarc potencjał wytwarzania najbardziej przekonujących znaczeń lokuje na poziomie większych struktur kompozycyjnych. Jeśli przewijającą się w tomie figurę słońca/światła potraktujemy jako metaforę komunikacji poetyckiej, podobną konkluzję wysnujemy z wersów: Albo może wiem,/ że gdy spojrzę prosto w słońce,/ to nic nie zobaczę (#). Oglądany „z bliska” wiersz oślepia (słońce wali na oślep/ i bez związku); odbierane z dystansu jednak poszczególne frazy oświetlają się nawzajem. Idea utworu poetyckiego jako niezależnej całości obdarzonej naddatkiem energetycznym, w pewnym sensie „obojętnej” na odbiorcę, pozostaje w zgodzie z wizją jego samocelowości, zasygnalizowaną już w pierwszym, nietytułowanym wierszu w tomie poprzez ironiczne odwołanie do – stanowiącej jej przeciwieństwo – perspektywy „bezsensownego”, bo sprowadzonego do towaru wiersza:

ŚWIATŁO mieli już tylko
po to, żeby za nie płacić.

[1] Jakub Skurtys, Wasteland, „ArtPapier” 19 (403)/2020, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=402&artykul=8085&kat=17 [dostęp: 13.05.2021].


Adam Patryka (ur. 1994) – kognitywista, kulturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Absolwent filologii polskiej UJ. Pisuje dla „Wizji”, „Kontentu” i „biBLioteki”. Współpracuje z portalem e-teatr w ramach projektu Nowa Siła Krytyczna.

Mateusz Żaboklicki – wiersze (06.2021)

letnisko (jak się patrzy)
(fragment większej całości)

1. pieśń o rozkładzie (na trawnik za domem)
i piaskownicę zrobię zbiję lipcem sierpniem
z myślą o synu zrobię w największym upale
foremka z treścią trestką on babki ja stanę
aż mnie całkiem rozłoży na łopatki grabki

2. banał tu banał tam (na amplitudę dobową temperatury)
świat kontrastów letnisko tak chłodne wieczory
w południe taki upał podłoga tak zimna
a piecyk z elektrycznym wkładem tak
gorący pełen przekrój o świecie celne spostrzeżenia

3. głowa (przez okno)
żwawszy ode mnie ojciec mojej żony grabi
liście myślę za oknem jest lipiec dlaczego
grabi nie jestem pewien od jednej do drugiej
framugi głowa tylko tak żwawo tak żwawo

4. blacha falista, więc nad brzegiem morza (na pana ż.)
rozwodnik przypomina noblistę śpi lekko
ma tyle fachów w ręku że pewnie mu ciężko
tak spać żeby to wszystko mu z rąk nie wypadło
onaciągał plandekę na wszelki wypadek

5. ciszej nad tą grządką (na malwy)
obchód ręce za plecy ekonom samogon
ja się pytam i gryzę w język w rękę w serce
ostrożnie to są rzeczy dwuletnie ostrożnie
gdzie malwy ja się pytam były tutaj malwy

6. szpila i dzida (pod nogi i dookoła)
nie znam tropów doceniam ile różnych w błocie
śpi mój syn z krzaków warczy tajemnicze zwierzę
przebiera się nad brzegiem siedemnastolatka
kiedy dzik nas zaskoczy nie wiem co się robi

7. pieśń o wszechbycie (na książki pana ż.)
przyjazny kapitalizm jak zostać człowiekiem
sukcesu magia wiary jak zdobyć przyjaciół
i zjednać sobie ludzi strzał w dziesiątkę uwierz!
nasz dobrobyt bez granic wielki atlas grzybów

8. poetą mistrz (za dom wieczorem)
wcześnie w noc ironicznie hity niekoniecznie
z własnej wczesnej młodości śmieszne okulary
wygibasy zapasy na biceps na zapas
i tylko gabriel fleszar ma jaja się przyznać


Mateusz Żaboklicki (1991) w Warszawie. Poeta, dramatopisarz i fotograf. Ukończył filologię klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat m.in. Nagrody Specjalnej i Nagrody Publiczności na XXV OKP im. Jacka Bierezina i III nagrody w konkursie na dramat radiowy Nasłuchiwanie: Gościnność. Półfinalista Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Publikował w Ósmym Arkuszu „Odry”, „Helikopterze”, „Liberté”, „Kontencie”, „Tyglu Kultury”, jego wiersze znalazły się w antologii Jak długo będziemy musieli i w jednodniówkach Wiersze w czasach zarazy i Jednodniówka dla praw podstawowych. W przygotowaniu jest jego debiutancka książka poetycka. Mieszka z żoną i synem niedaleko Rynku Soleckiego